Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Pomurnik nigdy nie zaczęła treningu? Jak młodo musiała zwiać z Klanu? A może nie uciekła, tylko została porwana? Wiele pytań, które postanowiła zadać później.
- Nigdy się tego nie uczyłam. Zwykła teoria, później nauka walki i polowania, tereny... Nigdy nie słyszałam, aby ktokolwiek mówił coś złego na temat Klanów. A na temat samotników... - nawet nie dokończyła. Olcha był takim przykładem, który drażnił ją nawet księżyce później. - Nieźle nas te Klanu urządziły - westchnęła i pogłębiła się we własnych myślach. Każdy Klan jest idealny, ale żaden nie lubi żadnego. Dziwne i pogmatwane. Jakby życie we wspólnocie stanowiło coś wielkiego... Ile jest gangów, nie raz lepiej urządzonych niż Klany? Wiele. Gubiła się w tym wszystkim i czuła się okropnie źle, że o wiele młodsza od niej kotka musiała jej uświadomić taką prostotę.
- Olcha nie żyje? Jak dobrze - odetchnęła z ulgą. - Nie kojarzę Polnego, ale brzmi jak dobry kot. Miejmy nadzieję, że nie będzie jak Krogulec.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
No jasne, że nikt nie będzie mówił źle o Klanach. Oczywiście. Same instytucje Klanów były bardzo ideologiczne i było wręcz oczywiste, że nie będą w żaden sposób przekazywać swoim podopiecznym innych wartości, niż te, na których zostały zbudowane. A tymi było między innymi zamknięcie na inne poglądy i systemy wartości, niż dawno już przeterminowany i przestarzały Kodeks Wojownika, które w pewnym momencie urosło do rangi krucjaty wymierzonej przeciwko samotnikom. Cóż miały począć stworzenia takie jak ona, wciśnięte w wąską szczelinę pomiędzy posiadaniem nieskazitelnie klanowej krwi a samotniczym życiem?
- Sama wiara w to, że w zamian za szczucie na samotników dostaje się honorowe miejsce w Gwiezdnym Klanie, jest absurdem. Widziałam śmierci wielu dobrych kotów, których dusze zapewne teraz błąkają się po bezdrożach zaświatów. Ich jedyną winą było to, że nie należeli do uświęconych tradycją Klanów - na wpół westchnęła, na wpół prychnęła. Kto wie? Może gdzieś tam istniał jakiś wesoły raj dla odważnych, który bronił interesów samotników i pieszczochów błąkających się po świecie, którym w Klanie było zbyt duszno i ciasno; samotników, którzy zginęli pod pazurami wielkich wojowników nieznoszących innego zapachu noszonego w futrze; niesprawiedliwie wygnanych i zapomnianych?
- Oby; Klan Cienia nie potrzebuje kolejnego ześwirowanego lidera - owszem, nie potrzebował. Żaden Klan nie potrzebował przywódcy, który rzuciłby się z pazurami na powracającego doń kota. - Inna rzecz, że to jej syn. Możliwe, że podąży jej ścieżką.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Taki przykładem była śmierci Jesionowej. Ona tylko poszła spotkać się ze swoim partnerem, ona tylko chciała z nim pogadać, może i nawet poprosić go o szukanie Algi, ale nie, Olcha musiał go i ją zabić. Ona gdyby miała brata, nigdy by go nie zabiła. Swoją drogą, ciekawe co robi i gdzie teraz jest piaskowy. Chciałaby go przytulić i opowiedzieć o swoim życiu... I pomyśleć, że wspomina wszystkie ważne dla niej koty, bez ani jednej łzy. Już nie jest taka miękka i... martwa.
- Takim przykładem jest moja matka - przedstawiła swoje myśli na głos. - Jej własny brat ją zabił, dlatego że związała się z samotnikiem, a nawet Klanowiczem, który został wyrzucony - nawet przyszła do niej Gwiezdna i mama w odwiedzinach, jednak czy powinna w nich wierzyć? Gdzie oni byli, kiedy ona łkała całymi księżycami bez żadnego wsparcia?
- Polny to jej syn?! - wykrzyknęła zdziwiona. - No to pozamiatane. Oby odziedziczył większość krwi po ojcu, bo Krogulcza krew... Tragedia.
Księżyce: 64 Mistrz: Ostry Kwiat | Ciernisty Kwiat Płeć: kotka Matka: Nieszczęsna Złotooka [NPC] Ojciec: Zdradliwy Zwichrzony Ogon [NPC] Partner: jeszcze czego Trwałe urazy: kuleje na prawą tylną łapę (-1 do statystyk); blizna na brodzie; blizna na przedniej prawej łapie
Widząc Pomurnik po raz pierwszy, zapewne zaczniesz zastanawiać się, jakim cudem to wynaturzenie jeszcze trzyma się na łapach. Jest to bowiem nieprawdopodobnie wysoka, zarazem wychudzona kocica o krótkim, przerzedzonym i skrajnie zaniedbanym futrze w kolorze jednolitej czerni, poznaczonym jedynie minimalnymi posiwiałymi przedwcześnie włoskami na dolnej partii pyska. Na świat łypie parą nieco skośnych, jadowicie zielonych ślepi, nieodmiennie niezadowolonych i niejako kpiarskich; pod nimi przedwcześnie zaznaczyły się zmarszczki mimiczne. Jej trójkątny pyszczek przecina blizna biegnąca od dolnej wargi przez brodę, druga - po ugryzieniu szczura - znajduje się na prawym nadgarstku. Wyraźnie utyka na tylną prawą nogę. Doprawdy: fakt, że coś tak karykaturalnego, pozbawionego mięśni i tłuszczu, trzyma się jeszcze na łapach należy uznać za pomyłkę natury.
Już wiele razy zdawało się, że kurtyna opadnie na dobre. Już wiele razy śmierć zaglądała jej wprost w oczy. Już wiele razy stała jedną nogą w grobie. I równie wiele razy rozpoczynał się kolejny akt, a Pomurnik wymykała się mniej lub bardziej brawurowo grabarzowi spod łopaty, odnalazłszy w sobie zaskakujące pokłady przedsiębiorczości, która pcha ją do walki o przeżycie na złość wszystkim zazdrośnikom. Obdarzono ją ostrym językiem, który kole humorem czarniejszym niż futerko właścicielki, przy tym niezbyt wyszukanym i brutalniej cynicznym, niż kiedykolwiek; niemniej jednak Pomurnik ma na tyle samokontroli, że potrafi powstrzymać się od obsypywania wszystkich swoimi złośliwościami, zwłaszcza w chwilach brzemiennych w skutki. Pesymistka z lubością narzekająca na dosłownie wszystko wokół, a przy tym sceptyk, który kwestionuje niemal każdą kwestię metafizyczną i niematerialną.
No proszę. Właśnie takie szumowiny zasiadały w chwale na piedestałach w Gwiezdnym Klanie, gotowe do zabójstwa swoich krewnych w imię idiotycznych ideałów, podczas gdy szlachetni i dobrzy samotnicy byli skazani na wieczne zapomnienie, uwięzieni w lesie, po którym błąkali się potępieńcy. Czy to była sprawiedliwość? Czy to była równość? Niejeden z tych, który zasłużył na chwałę Gwiezdnego Klanu teraz był uwięziony w Mrocznym Lesie; w Klanie Gwiazdy zapewne teraz przebywały jednostki, które w imię swojej klanowej krwi czynił najgorsze zło.
- Nie żebym ci chciała sprawić przykrość, świerszczyku mój, ale założę się, że potem wynosili go pod niebiosa za zabójstwo twojej matki. Zapewne nawet nie spotkały go żadne konsekwencje z tego tytułu - stwierdziła. Jakoś mało by ją zaskoczyła taka informacja. W imię Klanu można było prawdę powiedziawszy zrobić wszystko, zupełnie wszystko. Zapewne można byłoby nawet znaleźć niezłą wymówkę dla uduszenia kociaka z innego Klanu, puszczenia z dymem połowy lasu, czy wybicia wszystkich samotników. - Co mają począć istoty takie jak ty czy ja? Mamy w sobie Klanową krew nie gorszą niż niejeden wojownik, a jednak wybrałyśmy los inny niż czynienie zła i wycieranie sobie mordy Kodeksem Wojownika. Jesteśmy skazane na przegraną - wzruszyła obojętnie ramionami. Klany były silniejsze, taki był fakt. Były silniejsze od niej, wątłej i bezbronnej Pomurnik. Były silniejsze od Fali, pobliźnionej i poranionej przez nikogo innego, jak właśnie Cień. Były silniejsze od każdej jednostki. Zawsze musiały zwyciężyć, niezależnie od tego, jak nie próbowałoby się z nimi swoich sił.
- Taaa, trochę mi śmierdzi ten wybór. Wybrać swojego syna na zastępcę - to niemal krzyczy, że chciałaby, aby ten kontynuował jej politykę. Niemniej jednak niekiedy dzieci są łagodniejsze od rodziców - mruknęła. - Wiwat rządy łagodnej łapy!
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Czy ona pamiętała coś z pogrzebu matki? Na pewno to, że płakała. I że na chwilę cały świat zakryła ciemność, a ona poszła spać... Wydarła się na Olchę, ale on ją zignorował. A później Ciemna... Wiele się działo, a ona nie chce o tym pamiętać. Nawet gdyby pamiętała, to skutecznie stara się te obrazy usuwać z pamięci. Była strasznie młoda i bezbronna, a co najważniejsze samotna i nikt nie lgnął aby jej pomóc. A takie to Klany zrzeszone i pomocne, a u niej? Nie pomógł nikt i traciła coraz więcej kotów, pozostając coraz bardziej samotna.
- Pewnie tak. Nie pamiętam wiele z pogrzebu matki - przyznała zgodnie z prawdą. Nawet nie miała chęci rozwijać tej myśli. Już się nie marze, już skończyła z ciągłym opłakiwaniem. - Skazane, a wygrane - uśmiechnęła się krzywo. - Reszta dalej żyje w przekonaniu iż wszystko jest dobrze i oni są genialni. Nie znają smaku wolności - zakończyła z uśmiechem. To było coś, co kochała najbardziej. Czuć wolność i brak poczucia obowiązków.
- Wiwat rządy łagodnej łapy!
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
Podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a jakoś Różyczkę, pomimo tego, że długo wzbraniała się przed samą sobą, w końcu zaprowadził nieopodal klanu Rzeki. Od jej zauroczenia Sztormowym Pazurem minęło bardzo dużo czasu i zdążyła się już od tamtej pory wdać w kilka innych przelotnych romansów, ale mimo to... złocisty kocur cały czas chodził jej po głowie. Cały czas zdarzało jej się o nim myśleć i cały czas kusiło ją, by wrócić do klanu Rzeki i zapytać o niego, czy wrócił, czy wiadomo co się stało. Zawsze jednak, będąc mniej więcej na wysokości Króliczych Nor zawracała, uważając że nie ma to sensu. Tego dnia jednak zapuściła się aż do Łanu Rzepaku, co było rekordowo blisko granic. Sama tak naprawdę nie wiedziała, dlaczego to robi. Może dla świętego spokoju? Żeby móc zamknąć ten rozdział na dobre? A może po prostu liczyła na to, że spotka kogoś równie dobrego co Sztorm?
Nieduża jako kocię Pszczoła rośnie na drobną kotkę. Trwająca długie księżyce choroba sprawiła, że córka Nakrapianego Liścia nie przyjmowała odpowiedniej ilości pożywienia. Przez to jest nieco niewyrośnięta. Została w tyle za rodzeństwem, jeśli chodzi o rozmiar i umięśnienie. Jest szylkretką, co objawia się w całkiem ładnych łatach pokrywających jej ogon, grzbiet i górną część głowy. Czarne i rude plamy są pręgowane tygrysio, a reszta ciała jest biała. Kończyny, większość pyska i brzuch. Cały zad koteczki pokrywa ruda plama, lewa strona dolnej części grzbietu jest czarno-pręgowana, prawa za do ruda. Łopatki ponownie zamieniają się kolorem; prawa jest czarna, lewa ruda. Czoło Pszczółki jest czarne, a dwie plamy nad oczami - rude. Całkiem urokliwie wyglądają jej zakończone na biało uszy.
Skrót: pewna siebie, śmiała ale coraz częściej wybierająca milczenie zamiast kłótni z idiotami, wciąż jednak tak samo gotowa bronić swojego zdania, ambitna, trudno jej działać bez jasnego celu, ceni sobie szczerość, poświęcenie i godność. Wyzwania napędzają ją do działania, posiada dużą siłę woli, jest umiarkowanie towarzyska.
Tundra, Gronostaj (Nowy Świt)
Wybrała się nad Rybie Oko, żeby zobaczyć, jak wygląda podczas wczesnej pory zielonych liści. Zachwyciła ją głośność śpiewu żab, która tu panowała. Nad wodą niósł się głos kukułki, a ona przez kilkanaście uderzeń serca po prostu siedziała, patrząc przed siebie. Czuła, jak z oddechu na oddech wraz z powietrzem trafiają do jej ciała dawno utracone, bardzo dawno nie widziane chęci do życia. Dziwaczne to było uczucie, a jednak właśnie to w tej chwili czuła. Każdy oddech miał smak.
Tak dobrze czuła się podczas tego spaceru, że podjęła decyzję, że mimo upolowania już trzech sztuk zwierzyny, nie chce wracać do obozu. Poprzez Śliskie Skałki przekroczyła Grzmiącą Rzekę i udała się do Króliczych Nor, idąc wzdłuż drzew, korzystając z rzucanego przez nie cienia.
Wojowniczka odżywała.
Prędko jej oczom ukazała się nieduża, prawie jednolicie biała kotka. Zamrugała powiekami, zastanawiając się, dlaczego jej kroki kierują się w stronę obcej.
- Dzień dobry. - odezwała się ostrożnie, zatrzymując się kilka długości ogona od niej. Pociągnęła nosem. Pieszczoch? Nie spotkała dotąd żadnego, nie miał pewności. Samotnik? Możliwe. - Liczysz na królika na obiad? - spytała, nie bardzo wiedząc, jak inaczej mogłaby ją zagaić.
Stanie się tak, że któregoś dnia
W ogóle się nie zjawię
Nie zdarzy się nic, nie zmieni prawie nic
Przez chwilę będzie ciszej
Na razie nie można wiele powiedzieć o tej kulce sierści, oprócz tego, że ma niebieskie, długowłose futerko, nie oznaczone żadnymi pręgami czy znaczeniami. Mimo młodego wieku jest puchata i okrągła, co może dawać wrażenie dodatkowych kilogramów, jednak niekoniecznie tak jest, nie jest nawet ciężka, przynajmniej na razie. Jej początkowo niebieskie oczka zaczęły odbarwiać się na blady, zielonkawy kolor. Średniej wielkości uszka, postawione zwykle na sztorc, dopełniają obrazu jej pełnego pyska, bez żadnej skazy, odchyłów od normy czy zdziwień. Ma krótkie i małe jeszcze, łapki, zaś ogonek nie jest na tyle długi, jak można było przypuszczać przy tak długich włosach. Czy coś ją odróżnia? Zupełnie nic, poza tym, to jeszcze kocię.
No nie, a co to za buc? Każdy chyba miał nadzieję, że kociaki unikną w swoich genach tej części z bardziej problematycznego rodzica. Nie wiadomo dlaczego, jednak potrafi być, podobnie jak ojciec, niemiła, nadęta i bezczelna. Zdaje się, że nie do końca rozumie, że zachowanie ojca nie powinna brać za przykład, zwłaszcza niegrzecznych odzywek. Na szczęście – nie zdarza się to notorycznie, a sama Szafran woli obserwować rozwój sytuacji i jedynie dolewać oliwy do ognia lub rzucić komentarzem – ponieważ otwartości po matce nie odziedziczyła. Nie rozumie uczuć innych, a przede wszystkim – nie obchodzą jej takie rzeczy. Skoro już się urodziła, to może najwyższy czas podbić ten świat, co?
Szafran uciekała od Obozu, chociaż już nie tak często, jak miała to w zwyczaju. W Obozie znalazła sobie przyjaciółkę, jeśli nie dwie, jednak wciąż lubiła iść swoimi ścieżkami - jak to kot. Akurat ta ścieżka doprowadziła ją do Króliczych Nor z jakiegoś powodu i zauważyła na horyzoncie ciekawą kotkę - nie spotkała ją wcześniej, dlatego z pewną dozą ciekawości w oczach nieśmiało się zbliżyła. Nie wyglądała na samotnika - była zbyt... zadbana i najedzona? Mogła być kimś z obcego Klanu, jednak Szafran nie wyczuwała żadnej konkretnej woni. Chociaż nie, czuje... czuje własny Klan...
Do kotki dołączyła druga, tym razem bardziej jej znajoma, a Szafran zamarła w półkroku. Nie była pewna, czy dwie główne bohaterki ją zauważyły czy też nie, dlatego mimowolnie wydała z siebie pełne zakłopotania: - U-uhn... - i już miała zawracać, gdy jej wzrok skrzyżował się z obcą jej kotką. No tak, teraz chyba było trochę za późno.
Wciąż trzymając dystans, podeszła trochę, nie za blisko i powiedziała: - Cześć?
<center><table><td>≡ s<s>he</s> said the devil will want you back ≡<br> and you'll never find love in an o p e n hand<br>
<span class="Szafran1">shut your eyes so you see under</span><br> and know you'll always have this if you stay this ᴍαɴ</td><td> <img src="https://imgur.com/EdGKbh9.png" height=100></td> </table></center>
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
Siedziała, sama oczekując nie wiadomo czego. Powoli miała zbierać się do domu, zrozumiawszy, że nikogo dziś nie spotka, a już na pewno nie Sztorma, za którym tęskno błądziła wzrokiem skierowanym w Rzeczne strony. Nim jednak zdążyła się poddać i odejść, podeszła do niej pstrokata, całkiem atrakcyjna (choć oczywiście mniej od niej) kotka pachnącego, z tego co pamiętała, klanem Gromu.
Uśmiechnęła się do niej, widząc jak ta nie wie za bardzo jak powinna się zachować. Ah, zapomnieć języka w pysku przy takiej piękności to nie grzech! - Dzień dobry - odpowiedziała, uśmiechając się przerozkosznie. - Na królika raczej nie - odparła spokojnie, wyczuwając w tym aluzję do klanu Wichru, z którego pochodziła, nawet jeśli nieznajoma nie miała o tym bladego pojęcia. - Liczyłam na znajomego. Ale jego chyba już nie uświadczę. A ty? To nie są już tereny klanu - mruknęła, zauważając, że jak na klanowego kotka, zapuściła się całkiem daleko. I już miała coś jeszcze dodawać gdy zobaczyła niebieską sylwetkę kawałek dalej. - To twoja koleżanka... jak ci na imię? Na mnie mów Różyczka - zapytała Rysią Skałę, przy okazji się przedstawiając i zerkając na niepewną Szafranową Łapę. Nie była tak ładna jak jej znajoma, raczej przeciętna, ale pogadać nie zaszkodzi, prawda?
Nieduża jako kocię Pszczoła rośnie na drobną kotkę. Trwająca długie księżyce choroba sprawiła, że córka Nakrapianego Liścia nie przyjmowała odpowiedniej ilości pożywienia. Przez to jest nieco niewyrośnięta. Została w tyle za rodzeństwem, jeśli chodzi o rozmiar i umięśnienie. Jest szylkretką, co objawia się w całkiem ładnych łatach pokrywających jej ogon, grzbiet i górną część głowy. Czarne i rude plamy są pręgowane tygrysio, a reszta ciała jest biała. Kończyny, większość pyska i brzuch. Cały zad koteczki pokrywa ruda plama, lewa strona dolnej części grzbietu jest czarno-pręgowana, prawa za do ruda. Łopatki ponownie zamieniają się kolorem; prawa jest czarna, lewa ruda. Czoło Pszczółki jest czarne, a dwie plamy nad oczami - rude. Całkiem urokliwie wyglądają jej zakończone na biało uszy.
Skrót: pewna siebie, śmiała ale coraz częściej wybierająca milczenie zamiast kłótni z idiotami, wciąż jednak tak samo gotowa bronić swojego zdania, ambitna, trudno jej działać bez jasnego celu, ceni sobie szczerość, poświęcenie i godność. Wyzwania napędzają ją do działania, posiada dużą siłę woli, jest umiarkowanie towarzyska.
Tundra, Gronostaj (Nowy Świt)
Córka Nakrapianego Liścia nie przestawała ostrożnie przyglądać się swojej rozmówczyni. Była w jakiś sposób zagadkowa, dziwnie dwojaka. Jednocześnie zdawało się, że wszystko o niej wiadomo, a w tym samym czasie miało się wrażenie, że jest kompletną niewiadomą. To dobrze. Wojowniczkę klanu Gromu zawsze z jakiegoś powodu przyciągało do takich właśnie osobników.
Przechyliła lekko głowę na bok.
- Zwykłaś zjadać znajomych na obiad? W takim razie zachowam ostrożność przed zostaniem jednym z nich. - uśmiechnęła się lekko, a jej brwi uniosły się, kiedy wpatrywała się w białą pieszczoszkę.
Przez trzy uderzenia serca nie rozumiała, dlaczego Biała nie znajoma mówi o jej "znajomej". Zastrzygła uszami i rozejrzała się dookoła. Sytuacja, która w zasadzie jej odpowiadała, prędko się zmieniła. Dołączyła do nich jeszcze jedna kotka, tym razem z pewnością nie pieszczoszka dwunogów. Prędko okazało się, że jest to córka jej brata, Szafranowa Łapa. Dobrze ją było widzieć, a jednak było to nieco niepokojące. To znaczy, jak to się stało, że w tak niedługim odstępie czasu trafiła dokładnie to samo miejsce, co Rysia Skała?
- Cześć Szafran, co cię tutaj sprowadza? Też przyszłaś zjeść swojego znajomego, jak Różyczka? - zapytała, a na jej pysku znów zagościł łobuzerski uśmiech. Była to jedna z wielu, wielu sytuacji, w których żałowała, że zupełnie nie znała swoich bratanków. Ich narodziny miały miejsce w czasie, kiedy to szylkretka nie była obecna w klanie. Została porwana, i jej powrót przypadł w zasadzie na ceremonię krewnych na terminatorów. Później znów miała chwilę słabości, w których nie była w stanie z nikim się zapoznawać ani prowadzić przyjacielskich pogawędek, mimo że klanu tym razem już nie opuściła. Na szczęście oficjalna historia była taka, że Rysia nie chciała opuścić klanu i stało się to wbrew jej woli.
Stanie się tak, że któregoś dnia
W ogóle się nie zjawię
Nie zdarzy się nic, nie zmieni prawie nic
Przez chwilę będzie ciszej
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Zmrużył oczy, gdy długie uszy posmagały go po pysku. Mruknął z niezadowoleniem, poprawiając ich chwyt w szczękach i przykucnął pod jednym z niewysokich krzewów, chcąc zapewnić sobie chociaż odrobinę osłony przed szczypiącym, prawie zimowym wiatrem. Dobrze, że zdążył wcześniej złapać jakiegokolwiek zająca, bo przy takich warunkach, jakie właśnie się zerwały mógłby jedynie pomarzyć o solidnym posiłku. Opuścił zdobycz na ziemię i przyjrzał się krytycznym wzrokiem. Była... mizerna. Niewielka, chuderlawa, możliwe nawet że stara. Nie zdziwiło go to, w końcu gdyby piszczek był sprawny nigdy w życiu by go nie złapał! A tak, gdy stanął na równi z równym, tak samo chuderlawy, a niedługo stary, z lekkim wysiłkiem dopadł zająca. Lepszy rydz niż nic; lepszy wróbel w łapie, niż gołąb na "dachu". //Rybitwa
MUTACJA FIŃSKA (na czarnej bazie); szare futerko, ciemniejsze włosy w postaci pręg na czole, nierównych skarpetek na łapach, pasów na ogonie i całej reszcie ciała; niesymetryczna biel na łapach, piersi, szyi, pysku; czarna plama nisko na piersi; okrągła mordka, czarny nos, zielone oczy [szczegółowy opis w KP]
niepoprawna optymistka, żywiołowa, dobroduszna, lekkoduch, przerośnięte dziecko z ADHD
barwna woda [rzeka]; ambient, tsunami [nowy świt]
Rybitwa zdawała się zapomnieć, że szukała Klanu Wichru i na dłużej zrobiła sobie przystanek przy Łanie Rzepaku. Lubiła to pole, pachniało ładnie, wyglądało ładnie i na wszystko, co święte, ile tam było ptaków do łapania! Ptaków, jaszczurek, czego dusza zapragnie. I zajęcy, oczywiście.
Jej, w przeciwieństwie do marnego, wychudzonego rzeczniaka, jeden z zajęcy uciekł. Ale trudno, bywa i tak, a ona nie była jakoś szczególnie głodna. Kręciła się, mimo to, wokół mnóstwa króliczych nor z nadzieją, że jakiegoś uszaka jeszcze znajdzie... dopóki nie wypatrzyła białego kształtu pod jednym z krzewów.
- Och - miauknęła sama do siebie, żwawym krokiem podchodząc do nieznajomego kota z martwym zającem w szczękach. - Cześć kolego! Też tutaj polowałeś? Dopiero teraz cię zauważyłam! - przywitała się, nie zważając na to, że głodny obcy może zareagować na nią, cóż... różnie. Może niekoniecznie optymistycznie i energicznie, co ona.
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Uniósł pysk znak zająca, wyczuwając obcego kota. Spiął się delikatnie w razie konieczności walki, jednak pozostał w kuckach rozpoczynając posiłek. Był zbyt zmęczony na podchody i z chęcią by się wykurował, pal licho uciekanie przed obcymi. To nie teren Klanów, żeby dostawał po pysku za kręcenie się po granicy. W końcu dostrzegł niemal zlewającą się barwą z niebem sylwetkę, wesoło kroczącą w jego stronę. Ojej, no dobrze, w takim wypadku raczej nie zanosiło się na łapoczyny. Świetnie! Uprzejmie poczekał, aż kotka do niego podejdzie, oblizując w międzyczasie mordkę.
— Dzień dobry. Tak — odparł niemrawo, oglądając ją. Cóż za dziwaczne futerko. Przypominało jednocześnie Wapienną Łapę i Kwitnący Jar - wprawdzie nie odstawało od nich jakoś bardzo, ale wciąż było jednak... inne; ni to cętkowane, ni posiwiałe. Sroczy Ogon podziękował Gwiezdnym, że nie była szylkretowa, wtedy przecież dostałby oczopląsu! — Nawzajem, też cię nie widziałem. Co tutaj robisz? — zapytał, przenosząc wzrok na pyszczek kotki. W końcu to nieładnie, tak się gapić!
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Nurt się nudziła. A Nurt miała to do siebie, że kiedy się nudziła, wpadała na różne pomysły, byle tę nudę zniwelować. Statystyka była nieprzychylna - oceniała jej pomysłowość jako rozsądkowo ujemną, jednakże wątpliwa mądrość nie była jedyną cechą charakterystyczną popielatej kotki. Żyła w zgodzie z powiedzeniem, że głupi ma szczęście i na tym szczęściu opierała większość swoich samotnych wycieczek poza obóz. W tym przypadku statystyka patrzyła na nią łaskawiej - poznała kawałek świata, a nic złego nigdy jej przy tym nie spotkało, czyli nie miała się o co martwić, wiadomo. Ostatnio nawet przekroczyła Grzmiącą Rzekę, wypatrzywszy tam oswojonego przy innej okazji samotnika!
Dzisiaj Oriona nie szukała. Towarzystwa zresztą też specjalnie jej nie brakowało. Leżąc bez celu w legowisku wpadła na myśl, by dojść do najdalszego znanego sobie kawałka ziem i zobaczyć, co znajduje się dalej. Koniec świata? Grzmiąca Ścieżka? Droga do Szepczącej Sadzawki? Nie wiadomo!
Wiernym towarzyszem podróży był Płatek - niewielki, grafitowo-szary kamyk znaleziony niegdyś przez pręguskę w obozie i zwerbowany do dwuosobowej grupki odkrywców, badaczy, łowców, wojowników, filantropów i co tam akurat przyszło im do głowy. Od kiedy Nurt stała się Nurtową Łapą, Płatek nieco poszedł w odstawkę i każdy szanujący siebie i innych kot uznałby to za karygodne. Należało zatem coś z tym zrobić i wspólne zwiedzanie wyglądało na opcję idealną. Przynajmniej do czasu. Szczęka terminatorki w końcu zaczęła wygłaszać pretensje pod adresem swojej właścicielki, a ślina ściekać bokami od ciągłego trzymania kamyka. Prócz tego, przydarzył się drobny incydent, gdy przechodząc przez Śliskie Grzbiety, młoda prawie upuściła Płatka w groźne odmęty rzeki. No i siebie przy okazji też, ale to mniej istotne.
Istotne było to, że wszystko dobrze się skończyło, a Nurt oficjalnie opuściła tereny Gromu. Co teraz? Nie miała pomysłu. Wolała nie odbiegać jak wariat w nieznanym kierunku, miała na tyle pomyślunku, aby nie chcieć odchodzić za daleko. Jak się zgubi, to kto ją odnajdzie? No właśnie, pewnie nikt.
Zrobiła krótką przerwę, dając odsapnąć sobie i kamykowi (Płatek, jesteśmy na przygodzie!), po czym znów wzięła go w pysk i pokierowała dalsze żwawe kroki ku Króliczym Norom.
Najlepiej oddaje go jeden przymiotnik: długi. Ma długie łapy, palce, grzbiet, ogon i nawet pysk, który przez swoje proporcje ociupinę przypomina psią kufę. To jednak nie koniec. Z górnej szczęki Wyjca spuszczają się w dół przydługie kły; białe wierzchołki wystają nieco na zewnątrz nawet gdy ma zamkniętą mordę, więc jest z niego mały wampirek. Oczy kocura są naturalnie wąskie, swoim kształtem trochę zbliżone do ostrokątnych trójkątów. Ich kolor można uznać za sporny, bo ostatecznie wszystko jest grą świateł, ale bezpiecznie będzie go określać szarozielonym. Na krańcu pyska znajduje się brązowy nos pociągnięty czarnym konturem. Otaczają go, a jakże, długie wąsiska. Jego futro jest bardzo ciemne, szarobure, pozlepiane lepiej-nie-wiedzieć-czym i krótkie. Obecnie stacjonują tam co najmniej pchły. Przez grzbiet i ogon biegnie gruby pas czerni, od którego odchodzą kolejne, nieco węższe, znacząc jego boki równym układem tygrysich pręg. Na łapach pręgi sięgają jednak jedynie łokci - im niżej, tym stają się drobniejsze i mniej wyraźnie, i tak aż do nadgarstków, gdzie rośnie już tylko jednolicie czarna sierść. Pod brodą, na szyi, pachwinach i brzuchu włos jest jaśniejszy, o chłodnym odcieniu beżu. Ten sam kolor w małych ilościach występuje też na pysku, pod oczami oraz w okolicach nosa. Jeszcze rośnie, ale już teraz można powiedzieć, że za kilka księżyców będzie z niego kawał kocura. Poza tym jak na łazęgę i życiowego niedorajdę przystało, jest również z lekka wychudzony i brudny, żeby nie powiedzieć bardziej wprost, że... Cuchnie.
Młody wiek naprawdę wiele wybacza i o nic nie pyta. Wyjec nosi się jako impertynencki roszczeniowiec, ale to, co zdaje się ratować mu skórę w opałach, to brak wyniosłej maski na pysku, jakaś ckliwa autentyczność bytu oraz kategoryczny brak własnej godności. Nie ma w nim za grosz pretensji, można za to powiedzieć, że jest coś... organicznego. Ciężko go zniechęcić i do siebie zrazić, odstraszyć lub go obrzydzić - to ostatnie prowokuje raczej on sam, gdy na przykład zbierze mu się na dowcip o kupie. Chociaż niczego mu nie brakowało za kociaka, nie przyswoił zbyt wiele z kociej kultury i zdarza mu się zachować jak szajbnięty dzikus. Jak na swoje księżyce, które w realiach klanów zobowiązują do przyjęcia tytułu rozsądnego terminatora, Wyjec jest niedorzecznie infantylny. Nie wszyscy dojrzewają w tym samym czasie, nieprawdaż?
Pigwa
Ciekawe co szanowna statystyka mówiła o kotach żyjących w norach dla królików. Pytam dla koleżanki...
Wyczuł nad sobą drżenie, ale nie od razu postanowił coś z tym zrobić. Dopiero kiedy kilka malutkich grudek ziemi spadło mu z prowizorycznego sufitu na łeb, zaczął burczeć pod nosem z niezadowoleniem i czołgać się jak dżdżownica, na brzuchu, do wyjścia, żeby ustalić, co się właściwie tam na górze dzieje, że jego chata rozsypuje się w drobny mak. Chwilę to trwało, dżdżownice nie należą do najszybszych na świecie, ale w końcu wyściubił pysk na powierzchnię i niemal od razu, obok uderzenia zimnym powietrzem, trzasnął go po oczach tył jakiejś kotki. To stąd to łup, łup. Źrenice Wyjca z czarnych groszków przeistoczyły się w sosnowe igiełki. Energią spacerowiczki pewnie dałoby się obdzielić cały las, ale jak na razie jedyną emanacją tej żywotności były jej rozkołysane biodra i ogon. Nieczuły na te wdzięki Wyjec już miał rzucić standardowym pytaniem, czy ma coś do jedzenia, ale wtem, po jeszcze wnikliwszej penetracji spojrzeniem, doszedł do wniosku, że pewnie nie, bo sama jest jakaś taka chuda i nieszczególnie wyrośnięta.
- E, Ty, kręcidupka - zachrypiał, wyciągając samą tylko szyję o kilka milimetrów dalej z króliczej nory. To nie był jego najlepszy dzień. Chyba się troszkę podziębił, zanim wpadł na to, iż nocy z temperaturą poniżej zera stopni lepiej nie spędzać pod gołym niebem. Gardło mu napuchło, albo takie odnosił wrażenie, bo ślinę przełykał z trudem, a do tego dochodziła przecież iście męska hipochondria...
Poczekał, aż kręcidupka odwróci się do niego tą bardziej reprezentacyjną częścią siebie, zanim złożył skargę. - Musisz mi tak tuptać nad łbem? PSIK - kichnął zamaszyście i w rezultacie obryzgał się rzęsistymi smarkami. Bywa. Na oczach nowej znajomej wypolerował mokry nos kolistym ruchem języka. - O mniam, obiadek - wykrzywił wargi ironicznie i z tą chwilą, na przekór ssaniu w pustym brzuchu, przestał pajacować. Jego dzikie, błyszczące oczy poszczuły srebrną koteczkę.
- Co ja tam? A, no, tego. Weź mi nie tuptaj bo jak mi się tu wszystko zawali, to już na pewno wyzionę ducha. Nic nowego sobie nie wykopię, mam zmarznięte palce... Chyba, że grób.
Na pysku burasa pokazała się bogata gama min. Wyglądał trochę, jakby się uśmiechał, ale jeżeli już, to był to uśmiech z środkowym palcem wymierzonym... w kogo konkretnie? W matkę? Niesprawiedliwy świat? Zimę? Króliki, które zwiały stąd w podskokach kilka godzin wcześniej, których nie dał rady upolować? Tylko w kącikach wąskich ślipi kocura, przez nikogo niezauważone, ignorowane nawet przez Wyjca, kwitły ropa oraz smutek. Prawdopodobnie nie przezimuje do wiosny. Podświadomość o tym wiedziała.