Logo Artemidy
Gniazdo Sójki
On zaś uśmiechał się cały czas. Nawet gdy ten mu zarzucił, że ktoś mógłby pomyśleć coś dziwnego... o czym? Uniósł brew do góry, tym razem w widocznym zdziwieniu. Przecież tylko się bili.
- Ale o czym ktoś miałby myśleć? Przecież... wolno się bić. Prawda? - już... wolał dopytać. Może to było zakazane? Oby nie, bo to byłoby głupie. To jest, w chwili kiedy się faktycznie nie krzywdzili! Przecież i on, i Pająk, byli cali i zdrowi! Może ten drugi nieco ubrudzony podłożem, ale to nic takiego. - Ano, jestem.
Przyznał, znów pozwalając sobie na uśmiech. Nawet gdy się zbliżył, tak niebezpiecznie bardzo, nadal się uśmiechał. Minimalnie mniej, wolno analizując co ten robi. Nie przeszkadzało mu to; przed chwilą tarzali się na ziemi, byli już i tak bardzo blisko.
- Nie wątpię! Ja bym się bił jeszcze raz, wiesz? To było całkiem fajne, nawet jak później szło już tak. Nie biłem się jeszcze tak serio! Mój mistrz nie pozwala mi gryźć i drapać, ani nic. Więc było to całkiem fajne i nowe! Cieszę się, że mogłem z tobą tego spróbować, bo jesteś przyjemnym przeciwnikiem. Nie takim, co by od razu podwijał ogon i piszczał, że boli - chociaż trochę tam popiskiwał, ale... to nie to, co Wiatr miał w głowie. Mówił o prawdziwej panice, strachu, nie wiadomo czym. - A jak ja powiem innym, że pachnę tobą. To co wtedy?
Nastawił uszu. Nie, żeby miał to zrobić serio - był szczerze ciekawy. Co wtedy się stanie?
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my wind wall keeps everything outxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
when the fight is getting roughxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my sword is cutting you downxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
feel the P O W E R of my thrustxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


but if you pulverize
even when I'm far oh
i'll be there to ult

xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxAND I WILL TOWER DIVE
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxwith my sweeping blade, oh
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxi can chase them all
LVL 4 65 / 300
MedLVL 0 0 / 100
14
Siła
S
14
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
4
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
I co ten Wiaterek się tak cieszył? No Pająk musiał przyznać, że było w tym coś czarującego, ale teraz trochę go to denerwowało, bo miał wrażenie że zaraz kolega zacznie się chwalić swoją wygraną czy coś. Phi! Wielka mu rzecz. On miał zły dzień i tyle. Kolejny zły dzień do kolekcji...
- Bić wolno. Nawet się powinno, jak jest się z innych Klanów. - stwierdził, według własnych ustalonych w głowie zasad. - Ale ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy jacyś... dziwni! Że jesteśmy tak blisko! - dodał, starając się to chyba jakoś wytłumaczyć. Nie chciał, aby ktoś ich zobaczył i pomyślał, że są jak te głupie koty z Klanu Rzeki czy coś! Ale jak to też wyjaśnić komuś takiemu, jak Wiatr, który nie ma o tym pojęcia? I jak mu to wyjaśnić, że dwa kocury nie powinny się przytulać, skoro Pajęcza Łapa właściwie chciałby teraz przytulić się do tej głupawej mordki gromiaka?
Rozglądnął się raz jeszcze, upewniając o czymś. A potem, słysząc tak miłe słowa za strony Wiaterka, nadepnął mu na przednią łapę własną i popchnął nosem jego mordkę w tył, jakby chciał zmusić go do posadzenia zadka.
- Wszyscy będą o nas wiedzieć. Chciałbyś tego? - uniósł brwi po zadaniu tego cichego, aczkolwiek ukrycie szczerego pytania. Co on sobie w ogóle myślał w tej swojej głowie? Najpierw go gryzie, a potem chce się chwalić, że coś takiego się wydarzyło? Że się znali i mieli kontakt, koty z dwóch różnych Klanów? Dziwny był. I głupi.
LVL 5 225 / 400
MedLVL 0 0 / 100
15
Siła
S
13
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Milczał. Nie wiedział, że to zakazane. Nie, żeby zasady i Kodeks nagle go przejęły, ale skoro tak stresował się tym Pająk, gdzieś z tyłu głowy pojawiła się mu obawa, że stał się dla niego problemem. A wraz z tym, przyjął bardziej neutralny, nieco strudzony wyraz mordy. Co do kolejnego - nadal nie rozumiał. I co z tego!!! Że byli blisko!!! Nie da się bić na odległość!
- Nie chciałem, żebyś był zły - odsunął uszy do tyłu. Tylko tyle mógł - i zdążył - powiedzieć, nim został "brutalnie" pchnięty nosem tak, że aż siadł. Wtedy odsunął tylko głowę bardziej w tył, wzrok skupiając na jego oczach. Przełknął ślinę. Czy chciał? Nie, obiecali sobie być tajemnicą. Prawda. Nie powinien nawet był o tym wspominać.
- Jeszcze nie - rzucił krótko. Jeszcze, bo może w przyszłości legalniejszym będzie się im spotykać. Póki co byli tajemnymi znajomymi. Musiał pamiętać, bo to że on tylko pytał, nie znaczyło że Pająk będzie pamiętał że wszystko co leci z pysku Wiatru nie jest szczerym zamiarem, a jedynie ciekawością. - Ale... lubisz mnie dalej, prawda?
Teoretycznie, nic mu nie zrobił. Nie powinien się na niego wściekać i nie chcieć go widzieć, ani nic z tych rzeczy. Powinni nadal się lubić. Niemniej, gdyby było inaczej - Wiatr wolałby wiedzieć i starać się to wszystko naprawić. Jakkolwiek by się dało!
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my wind wall keeps everything outxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
when the fight is getting roughxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my sword is cutting you downxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
feel the P O W E R of my thrustxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


but if you pulverize
even when I'm far oh
i'll be there to ult

xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxAND I WILL TOWER DIVE
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxwith my sweeping blade, oh
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxi can chase them all
LVL 4 65 / 300
MedLVL 0 0 / 100
14
Siła
S
14
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
4
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
To prawda, że nie da się bić na odległość. Jednak Pajęczyna był aż tak mądry, że wyobraził sobie jakby to wyglądało ze strony trzeciego kota - obawiał się, faktycznie obawiał, że ktoś mógłby uznać to za coś innego niż walkę. Że, na Gwiezdnych, mógłby uznać, że on i Wiaterek się przytulają! O zgrozo… Pajęcza Łapa nie wiedział, w jaki sposób miałby przeżyć takie ośmieszenie. Przecież on się nie przytula! Na pewno nie z innymi kocurami! A przynajmniej tak mają myśleć inne koty.
Przyglądał się tak Wietrznej Łapie przez chwilę ciszy, która nastała po jego słowach. Nie odpowiedział nic, nie od razu, bo chyba chciał żeby jego kolega trochę się zmartwił, pomyślał, że przesadził. Książę chciał wywołać w nim niepewność, żeby następnym razem gromiak zastanowił się dwa razy, zanim przyszpili go do ziemi i odważy się stwierdzić wygraną.
- Właśnie. To… nie jest czymś, czym powinniśmy się póki co chwalić. Najlepiej będzie, jak w drodze powrotnej do obozu wytarzasz się w jakimś mocno pachnącym zielsku, żeby nie było mnie na tobie czuć. - polecił, po czym obszedł znów kocurka dookoła, wykorzystując tą chwilę na zastanowienie się nad swoimi dalszymi słowami. Czemu nad tym myślał? Westchnął ciężko. - Lubię cię. I wiesz co? Nie było wcale tak źle. Jak znów się spotkamy, to możemy się nawet tak znowu bić. Pod warunkiem, że ja będę na górze. I że nikt nie będzie widział. - przewrócił oczętami, wymieniając swoje warunki. Ten ostatni był najważniejszy, bo bez widowni Pająk właściwie nie miał nic przeciwko takiej bitki, i bliskości Wiaterka, najwyraźniej. Dzisiejszy dzień to pokazał. Ale zależało mu też na tym, by wygrać - stąd polecenie, że ma być na górze. Uwielbiał patrzeć na to, jak jego przeciwnicy gryzą ziemię pod jego łapami! Dzisiaj było blisko takiej sytuacji, ale potem się wszystko zepsuło.
Znów westchnął, zerkając w stronę z której tutaj przyszli… Zerknął jeszcze na kolegę przymrużonymi oczyma, uśmiechając się lekko, złowieszczo, i dopiero po tym obrócił się do niego tyłem.
- Miło było, ale muszę wracać do obozu. Jutro mam kolejny trening i nie chcę, żeby bolały mnie na nim łapy. - ziewnął przeciągle i dopiero w tej chwili zorientował się, jak to wszystko go zmęczyło. Mlasnął językiem. - Do zobaczenia, Wiaterku. - zamruczał słodko. Jeszcze jedno spojrzenie, jeszcze jeden uśmiech, i Pajęczynka ruszył w kierunku obozu Klanu Wichru. Nie zastanowił się nad tym, czy Wietrzna Łapa da radę trafić do obozu - podobno był taki dzielny i duży, to na pewno sobie poradzi! Ale biały mówił prawdę. I będzie czekał na ich kolejne spotkanie.


//zt
LVL 5 225 / 400
MedLVL 0 0 / 100
15
Siła
S
13
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Wytarzać się w zielsku... zrozumiano. Zrobi to, nie było to większym problemem. Na swój sposób, będzie to najbardziej naturalną rzeczą, jaką Wiatr mógłby zrobić - wrócić wytarzany w czymś, brudny, potargany. Tak, jak wyglądał zazwyczaj, tak jak lubił wyglądać. Długo go niepokoiła jednak cisza, którą w końcu zakończył... bardzo, bardzo miłymi słowami. Uśmiech znowu wrócił na jego pysk, tak samo szeroki jak wcześniej.
- Ja ciebie też lubię!! - powiedział dopiero wtedy, gdy ten skończył się odzywać. Po tym machnął głową. Nie mógł mu obiecać, że będzie na górze... bo to nie zależało w większości od niego, ale spoko - mógł mu dawać fory. - Nikt nie zobaczy. Pójdziemy w jakieś bardziej... ustronne miejsce! Znajdziemy takie specjalne, takie dla nas!
Po tym, niemniej, nastało najgorsze. Musieli się rozstać...? Już? No... trudno. Wróci tu do niego, na pewno! Musiał.
- Powodzenia Pajączku! Wpadnę znowu jakoś za... cztery wschody słońca, co? - żeby wiedział co i jak, żeby nie czekali a siebie jak głupi. Bo zależało mu na tym, by faktycznie się spotkali. Lubili się, musieli się widywać, chociaż czasem...!
A później, po ostatniej wymianie spojrzeń, ruszył w swoją stronę Jeszcze musiał się wytarzać w zielsku, im prędzej dotrze do terenów, tym lepiej.

//zt <3
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my wind wall keeps everything outxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
when the fight is getting roughxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
my sword is cutting you downxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
feel the P O W E R of my thrustxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


but if you pulverize
even when I'm far oh
i'll be there to ult

xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxAND I WILL TOWER DIVE
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxwith my sweeping blade, oh
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxi can chase them all
LVL 4 65 / 300
MedLVL 0 0 / 100
14
Siła
S
14
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
4
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Skromnym zdaniem Oriona, okres próbny szedł mu wyśmienicie. To znaczy nie zaszedł jeszcze żadnemu Wichrzakowi za skórę na tyle by zaczęli sobie na niego ostrzyć pazury, a z tym jednym jedynym udało mu się jeszcze nie spotkać. Co było też trochę porażką, bo nie po to dołączył do Wichru, by unikać burego, ale samo przyjęcie go wzięło z zaskoczenia (znaczy wiadomo, nie żeby wątpił w powodzenie swojego planu, ale był dość ryzykowny i Orion nie nastawiał się na zbyt wiele). Potrzebował sobie przygotować co takiego powie, gdy ich drogi się skrzyżują.
Teraz jednak był na patrolu łowieckim z Klekoczącym Bocianem w okolicach Czterech Dębów i dostał przepustkę na zobaczenie sobie miejsca Zgromadzeń z bliska. Więc oczywiście z niej skorzystał. Wdrapując się po zboczu zerwał sobie bukiecik stokrotek (nie były jego ulubionymi kwiatkami, ale szanował je za kwitnięcie nawet tak późną porą), a na miejscu wskoczył wyżej na pochylony pień by rozejrzeć się z niego po okolicy.

/Cis
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Cis Junior leżał w Gnieźnie Sójki na plecach, rozłożony na absolutnie całą przestrzeń. Łapy miał szeroko wyłożone na obie strony, to samo z tymi tylnymi, tym samym odsłaniając śmiało delikatną część jego ciała - brzuch. W tym momencie jednak miał to absolutnie gdzieś, pomimo, że było to skrajnie nieodpowiedzialne, a Barwinek zdecydowanie zrobiłby mu pogadankę życia o takich ruchach w miejscu, gdzie dostęp mieli wszyscy, nie tylko rzeczniaki. Był jednak zwyczajnie szczęśliwy, a to szczęście okazywał właśnie tym, że robił na co tylko miał ochotę. A właśnie w tym momencie miał ochotę leżeć rozwaliny na całe gniazdo, brzuchem do góry, patrzeć w niebo i liczyć chmury, a potem zamykać oczy i zgadywać, w którym dokładnie są teraz miejscu. O! Tak, tak właśnie chciał robić i tak właśnie robił, miał wolną wolę, mógł robić to, co chciał. Nie dostrzegł tym samym kto przybył, nawet nie usłyszał, zbyt skupiony na zgadywaniu ile chmur było teraz nad jego głową.
I know this love of mine
Will never die
[Obrazek: 1C9UaSF.png%5D]
And I love her



LVL 4 250 / 300
MedLVL 8 869 / 1300
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
22
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Gdy już Orion usadowił się wygodnie ze swoimi kwiatkami na szerokim pniu i miał okazję rozejrzeć po okolicy, dostrzegł liliowe zwłoki gdzieś wyżej w koronie drzew. I w pierwszym odruchu pomyślał, że los po raz kolejny popchnął go w stronę Kostka i że należałoby jeszcze przystopować z tymi przypadkowymi spotkaniami, bo ktoś jeszcze zacznie podejrzewać, że ta ich przypadkowość to jakaś pozorna. Jednak cynamonowy point, który każdego dnia przykładał ogromną wagę do ułożenia każdego swojego kłaczka, nie miał jakichkolwiek trudności z szybkim dostrzeżeniem szczegółów zmieniających postać rzeczy.
A to znaczyło, że tam beztrosko na gałęzi to sobie leżał...
– No nie wierzę. – mruknął i gdyby tylko nie był kotem stojącym na czterech łapach to by mu te przednie łapki opadły. I rzeczywiscie nie wierzył w to co widział, bo Cisowa Łapa już dawno temu przestał się pokazywać poza terenami klanu Rzeki (a nawet i na terenach nie udało się go spotkać). – Tu się chowałeś przez te wszystkie księżyce? – spytał i jakkolwiek w jego tonie brakowało wyrzutów, tak ruchy końcówki cynamonowej kity zdradzały irytację.
Bo był przede wszystkim zły na Cisa. Za to, że najpierw obiecywał nie wiadomo co, a potem zniknął. Przepadł jak kamień w wodę, a to była rola Oriona zawsze. To cynamon mógł sobie znikać bez słowa, czekanie było okropne. I jakkolwiek łatwo było się nad tym nie zastanawiać, gdy liliowego medyka nie było, tak teraz na jego widok byłemu samotnikowi jak najbardziej przypomniało się wszystko co mógł mu zarzucić.
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Podniósł uszy do góry, kiedy to do nich samych doszedł wdzięczny, bardzo znajomy głos. Bardzo. W jednej chwili zerwał się na równe łapy, żeby zobaczyć, czy jednak słuch go nie mylił, ale nie, najwyraźniej był w jak najlepszym stanie. Jego oczy zalśniły jasno, choć sam nie miał pojęcia z jakiego powodu. Cieszył się, że go widział. Bardzo się cieszył, właściwie, to gdyby zapytano go, z kim teraz najbardziej chciałby się spotkać, wypowiedziałby właśnie imię pięknego wielkouchego kocura.
- Szukałeś mnie prrrzez te wszystkie księżyce? - zapytał, bo nie mógł się powstrzymać, a w jego głosie ewidentnie pojawiła się wręcz zdesperowana nadzieja. Skoro kocur wiedział, że Cis się ukrywał przez wszystkie księżyce, to logicznym jest, że musiał go szukać. Musiał. Tak długo się nie widzieli. Miał ochotę wskoczył do niego i tak o, po prostu, przytulić, wytarmosić go za każdy najmniejszy włos jego futra. Rozpoznał jednak w mimice Oriona irytację, bo choć w głosie jej nie wyczuł, tak wiedział, że ten był na niego zły. I powinien, oczywiście! Cis też byłby zły. Choć on nie potrafił gniewać się długo, a już zwłaszcza jeżeli chodziło o jego samotnikowego przyjaciela.
Nie miał pojęcia czemu tak długo się nie widzieli. To znaczy miał. Mógł wmawiać, że to większe skupienie na treningu, że klan go potrzebował, i choć była to prawda, to tylko częściowa. Tak jakoś... chyba zaczął go całkiem przypadkiem unikać. Przestał przychodzicna granice, przestał przychodzić gdziekolwiek, gdzie mógłby spotkać orientala. Bo cynamon był dla niego przyjacielem jak każdy inny, najdroższym, naprawdę. Ale Rybołów zawsze zachowywała się dziwnie gdy o nim jej opowiadał. Zawsze się tak uśmiechała tajemniczo i pytała dla pewności, czy dalej mówi o przyjacielu, a kiedy ten z zdziwieniem odpowiadał, że tak, no i pytał o co jej chodzi, to śmiała się cicho i nigdy nie chciała powiedzieć. I to go peszyło, tak po prostu, no bo o co mogło jej chodzić? Nie miał pojęcia. Ale ze względu na to, że najwyraźniej mówił o Orionie jakoś tak... inaczej niż o innych, jakkolwiek ta różnica miała wyglądać, zaczął unikać z nim spotkań. I każdego dnia, no dobra, nie każdego, ale akurat jak mu się o tym przypomniało (czyli dość często, generalnie często myślał o starszym koledze), to przeklinał siebie samego, że tak po prostu urwał z nim kontakt. Bez słowa. Bo za nim tesknił, oczywiście że tak. A on przeklinał naprawdę rzadko, więc sprawa musiała być poważna!
I know this love of mine
Will never die
[Obrazek: 1C9UaSF.png%5D]
And I love her



LVL 4 250 / 300
MedLVL 8 869 / 1300
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
22
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Położył po sobie uszy, gdy padło pytanie.
– Nie w tym rzecz. Nie zmieniaj tematu. – prychnął. I niech brak zaprzeczenia będzie dla Cisa wystarczającą odpowiedzią, bo Orion nie był w nastroju do wchodzenia w upokarzające szczegóły, z których by można łatwo wywnioskować, że zaczęło mu zależeć zdecydowanie za szybko. Na litość, nawet legowisko zorganizował sobie blisko Rzecznych granic, by liliowy mógł go często odwiedzać. Czego ten oczywiście nie robił. Więc legowisko prędko zmieniło się w zwykły składzik wszystkich kwiatków i znalezisk z wycieczek cynamonowego pointa po okolicy. Gdyby przyniósł sobie tam jeszcze znicz to mógłby zaprowadzić tam Cisa i oznajmić, że tu właśnie leży pogrzebana jego nadzieja na to, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczą. I że wskrzeszać jej nie zamierza, bo apokalipsa zombie to ostatnie czego mu w życiu teraz potrzeba. Tym bardziej, że ktoś mógł znowu zniknąć i go zostawić z tym wszystkim samego.
– Wyjaśnij mi. – zaczął póki jeszcze najżywsze były w nim wspomnienia, które były w stanie podsycać rozgoryczenie. Bo już mieli jedną podobną rozmowę kiedyś. O znacznie krótszym okresie, więc zaakceptował jakiekolwiek wyjaśnienia dotyczące obowiązków oraz Barwnej Wody i po prostu cieszył się tym, że teraz udało im się spotkać. A potem Rzeczny medyk zniknął na przynajmniej pół obiegu pór. Orion nie chciał popełniać dwa razy tego samego błędu i wybaczać za szybko. – Powiedz mi co takiego tym razem sprawiło, że z dnia na dzień zniknąłeś bez słowa.
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Podniósł uszy, słysząc, że oriental wcale nie zaprzeczył. O. Mógł to uznać za jakkolwiek pozytywną odpowiedź, na pewno, choć wiedział, że w tym przypadku był na o wiele gorszej pozycji. Orion był zły. Na pewno był zły, a młodziutki medyk absolutnie mu się nie dziwił, mimo, że świadomość, że tak negatywne emocje kotliły się w kocurze z jego winy wcale nie była pocieszająca. Najgorszym było jednak to, że rudy chciał wyjaśnień, oczywiście, a Cis... nie wiedział jak mu to wytłumaczyć. Nie miał pojęcia. Był to problem na podłożu.... no, coś z emocjami w każdym razie, nagłymi uczuciami, których on za nic w świecie nie rozumiał. Nie wiedział czym były. Generalnie Junior się na tym nie znał. Na niczym z tych rzeczy, w końcu nie miał z tego treningu, nikt go nie nauczył. Barwinek często powtarzał, że mają nie ukrywać w sobie swoich uczuć, że coś tam coś tam, ale czym właściwie były uczucia? I jak je rozróżnić? Skąd miał wiedzieć? Nie wiedział. Pierwszy raz czuł coś takiego więc się przestraszył, po prostu, uciekł, bo tak było wygodniej. Nie pojawiał się, by nie spotykać się z czymś, czego za nic w świecie nie znał. I to go męczyło, wiedział, że to było wybieranie najłatwiejszych opcji, wiedział, ale co mógł zrobić? On po prostu... po prostu nie wiedział. Tyle, że takie wytłumaczenie nie wystarczy przyjacielowi, a nie chciał przecież się z nim kłócić. Bardzo nie chciał.
- No... no ja... Słuchaj. Prrzeprraszam, bardzo prrrzeprrrszam, serrio. Chyba... ja... no byłem zajęty trrreningiem, oczywiście, ale wiem, że to już nie jest dla ciebie wystarrczające wytłumaczenie, no więc ten, ja chyba, no wiesz - mówił, nie potrafiąc przejść do sedna. Po prostu paplał to, co przyszło mu na język, a nie przyszło nic sensownego, więc zamiast dalej marnować ślinę na bezsensowne słowa zamknął się na chwilę, żeby wziąć trzy płytkie wdechy. I otworzył pysk znowu. - Chyba specjalnie... ja... chyba mnie nie było specjalnie. W sensie umyślnie. Że unikałem. Ciebie. I to głupie, barrdzo, żałuje tego, bo to nie twojawinaaninictakiego - za szybko, mówił za szybko i słowa zlewały się w jedno. Stresował się. - Nie wiem czemu. Wystrraszyłem się czegoś, nie wiem czego, i... może, nie wiem, miałem wrrażenie, że... ci prrrzeszkadzam czy coś. Albo że. Nie wiem. Że lepiej będzie, jak ten, się skupię na czymś innym, ale to było bez sensu, ja wiem to, teraz to wiem, ja... prrrzeprrraszam, nie chcę... wcale nie chcę się odcinać. No i tęskniłem za tobą. Tak trroszeczkę. Albo barrdziej niż trroszeczkę, bo w sumie, to byłeś moim jedynym takim, no wiesz, prrzyjacielem, no i ja... no. Już. Sorry - skończył w końcu, gdy wypluł z siebie tyle słów na jednym wdechu. Mówił bez sensu i dobrze o tym wiedział, sam siebie nie rozumiał, więc nie oczekiwał, że dostanie zrozumienie. Ale nie chciał, by Orion był na niego zły. Bardzo nie chciał. I miał nadzieję, że jednak... że znowu zaczną się spotykać. Znowu zaczną się lubił. Gwiazdy, oby tak było, bo Cis był gotów błagać.
I know this love of mine
Will never die
[Obrazek: 1C9UaSF.png%5D]
And I love her



LVL 4 250 / 300
MedLVL 8 869 / 1300
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
22
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Określanie tego potoku słów z Cisowego pyska mianem wyjaśnień byłoby zwyczajnie śmieszne, bo były tak zakodowane, że można było śmiało podejrzewać, że i twórca szyfru nie wiedział do czego zmierzał. Ale dwie rzeczy były jasne.
Na samym początku – to że znowu zasłaniał się treningiem. Oczywiście uderzenie serca później liliowy się zorientował jak dennie to brzmiało i wycofał się z takiego usprawiedliwiania. Jednakże liczył się także ten pierwszy odruch. Odruch według którego okazjonalne sprawdzenie, chociażby raz na księżyc, czy Orion dalej żyje znajdowało się niżej w hierarchii niż codzienne bieganie na trening. Szalenie długo trwający, warto by dodać, skoro już niemal obieg pór zajmował lwią część życia Rzeczniaka.
Po drugie, sam przyznał, że umyślnie unikał samotnika. No uroczo. Brawa za szczerość, jasne, ale chyba musiał zdawać sobie sprawę z tego, że się pogrążał? Że póki co, z każdym kolejnym słowem, kopał coraz głębiej. Bo co? Zobaczył, że z początkowego dołu ciężko się wydostać, więc równie dobrze może już się przekopać na drugą stronę świata?
Wyraźne jednak było, że liliowy oriental był w tym wszystkim zagubiony. Ex-samotnik w życiu by nie przypuszczał, że właśnie zagubienie stanie się nicią porozumienia między nimi. Bo były w tym wszystkim rzeczy, z których zrozumieniem miał... kłopot. Swoją nielogicznością wybijały go z rytmu. Jeśli zrobić krok w tył, odrzucić całą emocjonalność i przyjrzeć się samym faktom, prędko okazywało się, że przewinienia Cisa wcale nie były jakieś niewybaczalne. Że zwykle podobne scenariusze rzeczywiście były kwitowane wzruszeniem barkami, a cynamon żył beztrosko dalej, nie płacząc po nocach w mech za niespodziewanym rozejściem się dróg. I żeby się źle nie zrozumieć – tym razem również wzruszył barkami i żył beztrosko dalej, gdy zrozumiał, że prawdopodobnie więcej się już nie spotkają. Problemy pojawiły się dopiero w momencie zobaczenia znajomego futerka po czasie. Wtedy wyszło na jaw, że jednak ta beztroska była trochę fałszywa. Że jednak trochę ukłuło go takie zakończenie znajomości. Że było nieco rozczarowujące, bo może liczył na coś innego, na coś więcej, ale nim zdążył się określić jakoś konkretniej, został z niczym. Do tego momentu wszystkie odczucia były zrozumiałe, a rozwiązanie wydawało się proste i klarowne. Schody zaczynały się w momencie, gdy do Oriona docierało, że to proste i klarowne rozwiązanie nie uznawało możliwości ponownego zniknięcia za istotny problem. Bo czemu by miało? To należało do zmartwień przyszłości, która nigdy nie była warta uwagi. A jednak orientala skręcało na myśl o rzeczach związanych z potencjalną przyszłością. To prowadziło do dysonansu pomiędzy wszystkimi jego standardowymi przekonaniami i odczuciami, a tymi, które towarzyszyły mu w tej sytuacji.
Krótko mówiąc?
Z każdym kolejnym uderzeniem serca, z każdą chwilą spędzoną nad analizowaniem sytuacji, coraz bardziej go frustrowała początkowa reakcja. Bo owszem, była spodziewana, ale on się tak nie zachowywał. Jego takie rzeczy nie ruszały. A im dłużej słuchał tłumaczeń, tym bardziej rosła w nim chęć agresji – jasny znak, że nie było mu to takie obojętne. Upokarzające trochę przyznawać się do tego.
– I co ja mam z tobą teraz zrobić... – mruknął pod nosem. Czy kierował te słowa do liliowego, czy do swojego dysfunkcyjnego mózgu? Kto wie, rabini byli podzieleni. Orion nabrał powietrza w płuca by uspokoić nawarstwiający się chaos w głowie i zaraz wypuścił lekko drżący wydech. Zrobił kilka kroków w stronę medyka by oprzeć czoło o liliowe. – Obiecujesz wiele, a potem nie dotrzymujesz żadnej z tych obietnic. Znikasz bez słowa. Nie interesujesz się mną, tym czy żyję, jak się mam. A potem mówisz, że tęskniłeś. Robisz oczy jak szczeniak i przepraszasz. Ale ile byś jeszcze mnie unikał gdybym ciebie tu przypadkiem nie spotkał? Czy w ogóle byś zaczął mnie szukać? – kontynuował tym samym zamyślonym tonem co moment temu. Można powiedzieć, że po prostu zastanawiał się na głos, a Cis przypadkiem znajdował się obok.
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Cisowa Gałązka nigdy nie rozumiał emocji. To znaczy rozumiał, te proste, radosne, te, którymi posługiwał się na co dzień. Może dlatego po prostu głównie się śmiał, uśmiechał, bo coś bardziej skomplikowanego go przerastało, podświadomie tego unikał, choć niespecjalnie, to była automatyczna reakcja na którą nie miał wpływu. Może dlatego zaczął uciekać, gdy tylko wyczuł, że emocje wobec jego samotnikowego przyjaciela były nieco inne niż do wszystkich innych, wystraszył się, bał się dotknąć ich nawet kijem. Bo tak było łatwiej, a Junior był wielkim zwolennikiem łatwych rozwiązań. Był uczynny, robił wszystko dla dobra innych, podejmował się trudnych wyzwań, ale takich, które nie dotyczyły bezpośrednio jego. Nie chciał się rozdrabniać na ciężkie tematy które dotyczyły jego, samemu nie wiedząc czemu, może to oznaczało zmiany, a tych też się bał. Cis był jednym wielkim tchórzem, bo nikt go nie nauczył jak radzić sobie z właśnie takimi problemami. Potrafił leczyć rany, ciężkie krwawienia i męczące innych choroby, ale wiedzieć, jak poradzić sobie z samym sobą? Z tym, co czuł? Ani trochę.
Widział, że Orion wcale tego nie kupował. Że dalej był zły, zawiedziony, dalej zrzucał na Cisa ciężką winę. A myszaty po prostu trzymał ją na barkach, pozwolił, by ten dokładał kolejne ciężkie kamienie. Ciekawe, kiedy jego łapy się rozsuną, kiedy upadnie na ziemię pod wpływem tego całego ciężaru. No kiedy?
- Mówiłem o tobie - odpowiedział od razu, bez zawahania. - Mówiłem tym, którrrzy są dla mnie ważni, mówiłem za każdym rrrazem, codziennie. Codziennie o tobie myślałem i codziennie prrróbowałem się zmusić do tego, by pójść na grrranicę. Ale potem... potem to się dłużyło jeszcze barrdziej, a ja wiedziałem, że będziesz mieć rrreakcję właśnie taką, jak masz terrraz. Bałem się jej, więc nie szukałem. Ale chciałem, Orrrion, byłem gotowy oddać wszystko za te odwagę, którrra była mi potrzebna. Zależy mi na tobie, zawsze mi na tobie zależało. Jesteś dla mnie szczególny, nie wiem pod jakim względem, ale jakimś na pewno - mówił coraz szybciej, przebierając z nogi na nogę. Och, niech spadnie na niego ten głaz. Ciężki. Niech go zgniecie, wgniecie pod ziemie. Niech zniknie. - Okej, posłuchaj. Jeżeli... nie możesz na mnie patrrzeć, jeśli nie chcesz, jeżeli jesteś tak zły, to pójdę. Ja chce tylko... cokolwiek, po prrrostu powiedz mi cokolwiek. Powiedz mi jasno, że mnie nienawidzisz, że nie chcesz, że jesteś zły i przestanę. Rrrozumiem, zrrrozumiem wszystko. Chce tylko wiedzieć. Prrroszę - odparł żałośnie łamiącym się głosem, ale nie od płaczu czy żalu, a ogólnych emocji. Chciał po prostu wiedzieć jasno co dalej. Chciał wiedziec, czy jest już na straconej pozycji, czy już nie dostane przebaczenia, czy może jednak była szansa. Tylko to. Tylko, potem mógł już sobie iść. Mógł nie wracać i pozwolić Orionowi żyć dalej w tej swojej beztrosce, nieważne jak fałszywa nie miałaby być.
I know this love of mine
Will never die
[Obrazek: 1C9UaSF.png%5D]
And I love her



LVL 4 250 / 300
MedLVL 8 869 / 1300
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
22
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
Frustrujące. Najprościej ujmując. Optymistycznie zakładał, że drobny kontakt pomoże, częściowo załatwi sprawę, ale nie dość, że został zignorowany to jeszcze został zignorowany na rzecz kręcenia się w kółko. Nie dosłownego, rzecz jasna, ale słuchając dalszych wypowiedzi Cisa, oriental miał wrażenie, że rozmowa przypominała przedzieranie się przez błoto. O gwiazdy najjaśniejsze, jak on nienawidził błota.
– Nie mogę na ciebie patrzeć. Teraz. – potwierdził, bo w sumie faktycznie tak mogło być. – Widzisz, rzecz w tym, że ja ciebie tutaj znalazłem. Kiedy byś do mnie przyszedł przeprosić, hm? Tak sam z siebie. Czy w ogóle byś przyszedł? Jestem zły, bo przepraszasz teraz, gdy zostałeś przyłapany na unikaniu mnie. Więc czy rzeczywiście przepraszasz za to, że nie spotkałeś się ze mną wcześniej, czy za to, że ciebie tu znalazłem? – przeciął powietrze cynamonową kitą i odetchnął lekko. – Ta rozmowa, w tym momencie, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli rzeczywiście chcesz wiedzieć, porozmawiać czy cokolwiek wyjaśnić to sam do mnie przyjdź, wiesz gdzie mnie znaleźć.
Po tych słowach się obrócił i zeskoczył na ziemię, by ruszyć w stronę Wichrowych terenów.


z.t
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
To był ten moment. Obudziłam się w środku nocy, początkowo myśląc, że bez konkretnego powodu. Gdy jednak spróbowałam się podnieść, poczułam jak słabnę, jak trudno jest mi ustać na łapach. Od kilku księżyców jedynie słabłam, ale ostatnie wschody słońca były tymi ostatnimi. I właśnie teraz moje serce przygotowywało się do ostatnich uderzeń, a płuca niebawem miały pomieścić ostatnie oddechy. Pomimo wszystko, byłam jednak zbyt dumna by umrzeć we własnym zapierdzianym legowisku i czekać, aż ktoś łaskawie mnie znajdzie, albo zwabi go smród rozkładającego się od pewnego czasu ciała. To nie było w moim stylu. Pomimo znacznego osłabienia i ograniczonych sił, miałam do zrobienie jeszcze kilka rzeczy. Od dawna miałam to wszystko zaplanowane.
Na moim legowisku położyłam malinę, a obok niej motek pajęczyny. Gdzieś w kątach pochowane były również mniej lub bardziej zniszczone kawałki żywokostu, ostrokrzewa, wrotyczu, złocienia, stokrotki i plastra miodu. Pojawił się nawet pojedynczy zawilec oraz truskawka.
W pierwszej kolejności udałam się do składziku i wzięłam stamtąd liść krwawnika i dwa kawałki mchu. Liść położyłam na ziemi, a w mchu odbiłam swoją łapę, by następnie całość ostrożnie położyć obok legowiska Krwawnikowego Liścia. Obok drugiej hałdki mchu położyłam biedronkę, która jakiś czas wleciała do mojego legowiska i już z niego nie wyleciała. To było dla Biedronkowej Łapy. To samo zrobiłam dla Miętowej Łapy, w jego przypadku zostawiając przy legowisku liść mięty oraz odcisk łapy zapisany we mchu. Chciałam w ten sposób zostawić coś po sobie. Upewnić się, że ci na którym mi zależy będą mieli po mnie pamiątkę. Coś, co będzie im o mnie przypominać, dzięki czemu będą czuli moją obecność, nawet jeśli fizycznie mnie zabraknie. Krwawnik... mógł tego nie chcieć. Mógł to wyrzucić gdy wstanie. Czułam jednak potrzebę, by mu to wręczyć. Biedronkowa Łapa natomiast była przeurocza i od samego początku skradła moje serce. Dlatego jej również zechciałam coś zostawić. Podziękować za to, że swoją obecnością potrafiła poprawić każdy mój dzień, aż do samego końca.
To jednak nie był koniec. Korzystając z tego, że była noc i w obozie nie było kompletnie nikogo, wyjęłam z kryjówki zgniłego zająca, który czekał na ten moment parę ładnych księżyców. Odór był tak niesamowity, że omal nie zwróciłam zawartości żołądka. Powstrzymałam się jednak i padlinę położyłam na samym stosie zwierzyny. Mówiło się, że zgnilizna na stosie zwierzyny to zły omen. Znak od Gwiezdnych, ostrzeżenie.
Pod legowiskiem Lawendowej Gwiazdy zostawiłam suchy, zgniły i zniszczony z jednej strony kwiat lawendy. Był taki jak ona. Z przodu nie wyglądał najgorzej - widać że był już stary, ale najpewniej w dalszym ciągu do czegoś mógł się jeszcze przydać. Kiedy jednak spojrzało się na niego od drugiej strony, dopiero wtedy widać było jak bezużyteczny i przegnity od środka był. Zawahałam się, zastanawiając się, czy o czymś jeszcze nie zapomniałam. Wróciłam do swojego legowiska po jeszcze jedną rzecz i wyszłam z obozu.
Byłam słaba, poruszanie się sprawiało mi wielki kłopot, dlatego w pewnym sensie cieszyłam się, że obudziłam się w środku nocy. Dzięki temu do celu dotrę idealnie w okolicy wschodu słońca. Zdawałam sobie sprawę z tego, że mogłam nie zdążyć. Że w trakcie mogłam opaść z sił, czy zostać zaatakowana, ale to nie miało znaczenia. I tak.. uchodziło już ze mnie życie.
Przemierzałam wichrowe tereny, idąc powolnym i słabym, acz mimo wszystko pewnym krokiem, odczuwając... no właśnie. Nie byłam w stanie nazwać tego uczucia. Wiedziałam, że ostatni raz dotykam tej trawy. Ostatni raz mijam te drzewa. Ostatni raz tu jestem, ostatni raz to wszystko widzę. Już nigdy tu nie wrócę. Nie poczuję tego zapachu, nie pozwolę by wiatr zmierzwił moje futro. Nie poczuję ciepłych promieni słońca, nie usłyszę zgrzytania śniegu. To moja ostatnia podróż.
Nie były to tereny na których się urodziłam, ale to tutaj się wychowywałam. Tutaj rozpoczęłam trening pod okiem matki. Tutaj toczyłam bitwy z bratem, walczyłam o względy Zawilcowej Skórki. To tutaj podjęłam decyzję o obraniu ścieżki Medyka, to tutaj w wieku niespełna dziesięciu, może nawet i ośmiu księżyców na moje barki spadł obowiązek ochrony całego klanu. To tutaj prosiłam o pomoc Malinowe Chaszcze i Łososiową Łuskę. To tutaj się szkoliłam, dbałam o klan Wichru i nie tylko, przypłacając to zdrowiem. Tutaj popełniałam błędy. Tutaj za nie słono płaciłam. To tutaj... należało moje serce. Pomimo niewdzięczności, wytykania palcami, wiecznego odwracania się ode mnie, braku szacunku, dalej wykonywałam swoją pracę, dbając o tom by wszyscy byli bezpieczni i zdrowi. To zabawne, że na starość nie miał kto zrobić tego samego w stosunku do mnie. Gasłam powoli. Że pomimo tego, że zrobiłam dla tego klanu więcej niż ktokolwiek, że poświęciłam dla niego całe swoje życie, w dalszym ciągu nie znaczyłam nic. Dla władzy, dla wojowników, dla nikogo. W dalszym ciągu to mnie widzieli jako czarny charakter, nie dostrzegając samolubnego zachowania Lawendowej Gwiazdy, broniąc ją i usprawiedliwiając na każdym kroku. Nie byłam święta, jest to fakt. Nie zasłużyłam jednak na takie traktowanie. Ani ze strony swojego klanu, ani jakiegokolwiek innego. Zewsząd przychodzili błagać mnie o pomoc, nigdy się nie odwdzięczając. Widząc tylko złą stronę, nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele przeszłam. Jak przytłaczająca dla takiego kocięcia była tak ogromna odpowiedzialność.
Nigdy do końca nie byłam sobą. Chciałam być kimś, z kogo matka byłaby dumna. Całe życie tliłam emocje, uważając że okazywanie jest słabością. Byłam oschła wobec praktycznie każdego. Zatraciłam się w tym, nigdy do końca nie odkrywając jaka naprawdę jestem. Nie da się poznać siebie, karcąc się i nienawidząc za jakiekolwiek emocje. Gdy najmniejsze potknięcie doprowadza cię do szału i powoduje nienawiść względem samego siebie i otoczenia. Nie miałam łatwo. Ale przetrwałam chyba jedynie dlatego, że właśnie taka byłam. Pozbawiona skrupułów, emocji, słabości. Dążąca do celu po trupach. Każde przedstawienie jednak musi w końcu dobiec końca i na starość coś we mnie pękło. Zmieniło mnie macierzyństwo, planowane. Wiele rzeczy zrozumiałam, zaczęłam postrzegać inaczej.
W okolicach Kamienistej Przełęczy, słońce zaczynało powoli wschodzić, a ja zaczynałam mieć problemy z oddychaniem. Obraz przed oczami zaczynał mi się rozmazywać. Bałam się, że nie dotrę, że padnę za wcześnie. Z jednej strony miałam wrażenie, jakby serce biło mi tak szybko, że za moment wyskoczy z klatki piersiowej, a drugiej czułam jakby biło tak słabo, że za moment opadłoby z sił. Cztery Dęby były już jednak w zasięgu wzroku, wystarczyło już tak niewiele by tam dotrzeć...
Zaparłam się. Resztką sił udało mi się dotrzeć pod ogromny dąb, łapczywie biorąc ostatnie wdechy. Położyłam się wygodnie, ogonem owijając przyniesiony ze sobą liść gwiazdnicy i szypułkę nagietka.
Zaczęłam kaszleć, nie mogąc między kolejnymi atakami złapać oddechu. Wiedziałam, że to już koniec. Nie walczyłam z tym. Po prostu leżałam spokojnie, czekając aż to wszystko się skończy.
Czy wolałabym usnąć i już się nie obudzić? Prawdopodobnie tak. Podjęłam jednak w życiu wiele kwestionalnych decyzji. Możliwe, że na to zasłużyłam.
Wiodłam długie życie. Nie było jednak spokojne, ani nie nazwałabym go dobrym. Nie wiem, czy byłam szczęśliwa. Całe życie poświęciłam klanowi, który ostatecznie i tak mnie znienawidził. Nie szanował. Traktował jak potwora, choć swoje poświecenie od najmłodszych księżyców odchorowałam na starość. Nikogo to jednak nie obchodziło. Tak jak nikogo nie obchodziła moja śmierć. Umarłam tak, jak żyłam. W samotności. Zniszczona starością, życiem. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Zawsze dbałam o prezencję, a teraz nie byłam w stanie. Nie mogłam nic na to poradzić, wyglądałam jak łysiejący szczur.
Umarłam, dławiąc się kaszlem. Zabrakło mi oddechu. Sił, by o niego walczyć. Po policzku spłynęła jeszcze ostatnia łza, nim słońce na dobre rozjaśniło poranne niebo. Bezchmurne tego dnia.

zt z życia
[Obrazek: Podpis.png]
LVL 7 265 / 500
MedLVL 13 11 / 1500
15
Siła
S
18
Zręczność
Zr
12
Szybkość
Sz
26
Zmysły
Zm
85
Punkty Życia
HP
75
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości