A potem ta kotka stała się Wydmą. Na dzień ceremonii pięknie wyczyściła futerko i starała się, aby tak pozostało. Tylko te parę dni było do przystosowania się do rangi i tego, o z nią związane. Futro Wydmowego Wiatru więc jest teraz czystsze, niż gdy była terminatorką. Zdobyła też trochę mięśni. Nadal wysoka i długa, ruda tygrysio pręgowana z białymi znaczeniami i zielonymi oczami. Teraz już dużo w jej wyglądzie zmieniać się nie będzie, chyba, że dostanie jakieś bitewne blizny. Ale innych zmian chyba nie będzie.
Charakter wojowniczki o imieniu Wydmowy Wiatr nie zmienił się, prócz tego, że nie jest aż taka energiczna. Albo po prostu poważniejsza. Minęło trochę czasu od mianowania, więc jeszcze nie widać, czy mocno się zmieniła. Na razie jest tak, jak było, jednie jej energiczność nie jest wykorzystywana w ten sam sposób, bo teraz wykorzystuje ją do pełnienia swoich obowiązków oraz jest poważniejsza. Tyle.
Po stracie tak wielu ważnych kotów Wydmowy Wiatr posmutniała, jest bardziej na boku. Na szczęście nie odbiło się to na terminatorów. Jest lepiej, gdy spotyka kogoś kogo zna, ale jednak ciągle kogoś traci... Próbuje jednak nie ukazywać tego uczucia z głębi siebie.
Gdy skończyła zbierać, niestety tylko trzy zdatne do użycia szypułki, wstała i wzięła je w pysk, słysząc, że wracają. Coś zebrały. No i może kiedyś wyprawa po zioła dwóch sióstr się powtórzy, w końcu zawsze jest zapotrzebowanie na medykamenty. Niestety ciągle ktoś jest chory lub ma rany.
Zebrała wszystkie zioła które zdołała zebrać i kiwnęła potakująco głową na myśl o czymś, co mogłoby złagodzić ból spowodowany użądleniami. Przynajmniej na coś się przydała, prawda? Zaczęła iść za siostrą, aż do samego jej legowiska.
//zt i do krolikarni
what a glorious feeling! i'm happy again! ° i'm laughing ofclouds °
= sodarkup above = the s u n is inmyheart andIamreadyfor love!
Mistrz: poszedł po fajki i nie wrócił Płeć: kotka Matka: Już dawno opadły ostatnie liście z Klonów. Ojciec: Okrutna śmierć w udziale mu przypadła.
Figura? Idealna. Kotka szczupła, średniego wzrostu, obdarzona całkiem sporymi wiązkami mięśni. Obrasta ją długie, bure futro o zanikających pręgach, którego długość osiąga apogeum na puchatym ogonie. Długie, ostre pazury i takież kły - przy czym te ostatnie mają śnieżnobiałą, wręcz bijącą w oczy barwę. Od ceglastoczerwonego nosa odchodzą białe, długie wibrysy. Ślepia tej kotki, w odróżnieniu od bliźniaczki, przybrały barwę jaskrawego, lodowatego błękitu.
Gdyby Jaskółczy Śpiew należało określić jednym słowem, byłoby to: zła. Zła, pozbawiona jakiejkolwiek moralności, wyprana z emocji, lubująca się w manipulowaniu i rządzeniu innymi. Obcy jest jej strach, obcy jest jej smutek, obca tęsknota, obce współczucie. Wie za to, jak idealnie ukryć swe prawdziwe intencje za starannym kamuflażem. Potrafi kłamać, szachrować i zdradzać bez mrugnięcia okiem, wymyślając codziennie historię swojego życia od nowa. Jej główną rozrywką jest granie na emocjach innych kotów i obserwowanie ich reakcji. Z żyjących kocha tylko jedną kocicę, dla której byłaby w stanie zrobić wszystko.
Stało się.
Zwyczajny patrol w towarzystwie kilku innych wojowników. Jaskółka odzywała się najmniej w całym towarzystwie, słuchając obojętnie rozmówek i śmiechów przebrzydłych Rzeczniaków, jedynie z rzadka rzucając nic nieznaczące słówko czy dwa. Jej myśli - jak zresztą czyniły to od ładnych kilkudziesięciu wschodów słońca - krążyły bardziej wokół losów siostry i zaginionego przyjaciela. Co mogło ich spotkać? Czy mogli żyć spokojnie gdzieś na Osiedlu czy na Terenach Niczyich, tuż pod jej nosem, pomimo tego, że szukała wszędzie, gdzie mogła? A może wywędrowali daleko, daleko poza tereny poznane przez Klany, aż za legendarną Wielką Słoną Wodę, tam, gdzie nigdy nie postała noga żadnego wojownika? Może już dawno byli martwi, zagłodzeni na śmierć lub zamordowani przez drapieżnika czy samotnika, a ich zimne ciała wrzucone do rzeki albo zasypane nieznaną ziemią? Może nie było się już o kogo martwić.
Takim torem płynęły jej myśli, aż do chwili, w której zaalarmował ją ostrzegawczy krzyk Mysiego Kroku. Mięśnie wojowniczki napięły się niemal natychmiast, a futro zjeżyło, gdy ujrzała ową istotę, o którą chodziło starszej wojowniczce. Pies. Ogromnych rozmiarów, czarny, rozszczekany, z obrożą, ale bez smyczy. Jaskółczy Śpiew nie była głupia i doskonale wiedziała, jak może skończyć się próba obrony tych kretyńskich granic przed TAKIM napastnikiem, i zdecydowanie najchętniej wycofałaby się z całego przedsięwzięcia - ale była tu w towarzystwie i uciekając, mogłaby zniszczyć cały, rzeźbiony pieczołowicie od tak dawna kamuflaż. Teraz było za późno, jej towarzysze przyjmowali już bojowe pozy... Nie było jej zresztą dane długo walczyć z rozterkami. Pies zauwaźył je i rzucił się na nie bez namysłu. Cała wola obrony zawaliła się niczym domek z kart - wszyscy wojownicy mieli teraz w oczach ten sam strach. Kiedy w końcu, pp chwili, która zdawała się trwać wieczność, któraś z kocic rzuciła hasło do odwrotu - rozpierzchli się na wszystkie strony świata bez namysłu. Zapewne część z kotów chciała w ten sposób zdekoncentrować przeciwnika i odwrócić jego uwagę od granic, choć Jaskółce przez myśl przeszło, że każdy - w tym ona - raczej chciał ratować raczej własną skórę, niż Klan... co nie powiodło się w jej przypadku. Agresor faktycznie stracił zainteresowanie granicą. Przeniósł je na burą kotkę.
W zasadzie, kiedy przygniótł ją do ziemi, nie bała się. Nie dane jej było czuć nawet w takiej chwili. Bardziej odczuwała ból fizyczny, niż psychiczny, kiedy jego kły rozszarpały skórę na karku, a gorąca jucha chlusnęła na ziemię. Nawet nie utrata krwi była najgorsza - zaciśnięte na szyi tępe zęby skutecznie blokowały dostęp powietrza. Broniła się, owszem. Nie chciała umierać. Szarpała się, jak mogła, głucho warcząc przez kły. Niech ginie Klan Rzeki, niech zdechnie Czerwony Wrzód, jej nie może zabić jakiś kretyński futrzak! Siły szybko ją opuszczały, pomimo spirali wirującej w jej umyśle. Przygniatające ją cielsko było zbyt ciężkie, ona za słaba, wojownicy biegnący w jej stronę zbyt bezsilni. Czerwone plamy przesłaniały jej wzrok. Ciało bezwładnie opadło, przez niedobór tlenu jej oczy stały się przerażająco wręcz puste. Myśli zaczęły się ze sobą pląrać bez sensu i celu. Sprawiedliwość, kara za wszystkie grzechy, moralność i jej brak. Ciemniejące Niebo, Gwiezdny Klan, którego bramy na zawsze pozostaną zamknięte, rude futro matki, wszystkie trzy siostry, z których tylko jedna naprawdę się liczyła, Burza, syn niewartej złamanego grosza Czereśni, Pustułka, otwierające się szeroko Miejsce Gdzie Brak Gwiazd, nienawiść, krew Tygrysa na kłach i pazurach, paskudny pysk Czerwonego Wrzodu, Osiedle, Iskrzący Nos, Pustułka, Pustułka, Pustułka...
- P... ustu... hka - zdołała wycharczeć, nadludzkim wysiłkiem unosząc głowę nad ziemię. - Pohiecie Pustuhce, że... ją... kocham - wydobyło się jeszcze z jej gardła. Niebieskimi oczyma patrzyła, przez mglistą zasłonę, jak wojowniczki - krztcząc coś niezrozumiałego - rzucają się do ucieczki. Niech biegną, niech pędzą z wiadomością o jej śmierci. Niech cały Klan dowie się, jak to ona, Jaskółczy Śpiew, zginęła w jego obronie, choć bardziej wierutne kłamstwo trudno wymyślić. Niech sama Czerwony Wrzód swoim chrypnącym głosem wspomni o niej z wierzchołka Mroźnej Skały, z której tak często ona wzywała Klan - ku rozbawieniu burej, grzesznej duszy gdzieś w Ciemnym Lesie. Niech się dzieje, co chce. Byle Pustułka się dowiedziała, że jej matka, jej prawdziwa matka, nie Zroszony Listek, kocha ją z całych resztek swego serca.
Niemal już pogodziła się ze swym losem, gdy z niespodziewanej strony nadeszła pomoc. Głosy Dwunożnych zabrzmiały w oddali, a równie szybko ich ręce pochwyciły oprawcę za obrożę, odciągając go od prawie zaduszonej już wojowniczki. Dotyk bezwłosych istot był zaskakująco przyjemny, kiedy podnieśli ją i zanieśli ledwie żywą do wnętrza potwora, gdzie spoczywała przez nieznaną ilość czasu - a potem do jakiegoś białego pokoiku, gdzie inny Dwunożny wbił w nią przezroczyste żądło, które chyba na jakiś czas ją uśpiło. Zadziwiające, że te istoty potrafiły żądlić, jak osy - a na dodatek, znały jakiś sposób na leczenie ran. Gdy się obudziła w obcym miejscu, rozszarpane części skóry na powrót się zrosły. Przez jakiś czas jednak owe dziwne istoty trzymały ją u siebie, nie pozwalając na wyjście na zewnątrz - wschody słońca płynęły tu inaczej, niż w lesie. Dopiero jakiś czas potem znowu zabrano ją do białego pokoju, gdzie dokonano jakiegoś dziwnego zabiegu związanego ze zszytą raną. Jaskółczy Śpiew czuła się wówczas już zupełnie dobrze - pomimo to, jej opiekunowie nie chcieli pozwolić jej na odejście. W tej sytuacji zdecydowała się uciec, co nie było takie trudne - wystarczyło wyczuć moment, w którym można było przemknąć przez odpowiednie szczeliny i uchronić się przed ewentualnymi strażnikami ostrymi pazurami. Oby zakażenie wdało się w skaleczenia zadane tym paskudom, które chciały ją zatrzymać! Nie zajęło długo, a Jaskółka znowu była wolna, na ulicach Osiedla. Pierwszą myślą był powrót do Klanu, by jeszcze raz ujrzeć Pustułkę i wyjaśnić jej, że wcale nie umarła - potem jednak zrezygnowała z tego pomysłu. Skoro los dał jej taką szansę opuszczenia Rzeki, nie powinna jej odrzucać. Pustułkę może spotkać na granicy i być może przekonać do odejścia z królestwa Czerwonego Wrzodu.
Szła długo przed siebie, aż zaczęła rozpoznawać ulicę wokół siebie. Osiedle teraz było jej domem, nie ucieczką od rzecznej rzeczywistości. Nigdy więcej tachania pod Mroźną Skałę trupów, obrzydłego, rybnego fetoru i widoku siwego pyska przywódczyni (choć siłą rzeczy, przegapi też jej pogrzeb). Nigdy więcej.
Przed Jaskółczym Śpiewem otwierała się teraz niczym nieograniczona przestrzeń.
//zt
thesetearsyoucry HAVECOMETOOLATE takeback thelies ____________________the hurt __________________________________the blame and youwillweepwhenyou'llfacethe endalone »you'relost,you cannever go home«
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Czekoladowa kocica nie lubiła przebywać w obozie. Kiedy wróciła do klanu, spodziewała się krzywych spojrzeń. Wiedziała od początku, że tak będzie. Może inny kot, przejąłby się tym bardziej. Zachodzące Światło nie miała się czym przejmować. Może i nie miała przyjaciół. Może z rodziny została jej już tylko Cisowa Jagoda. Ale nigdy nie straciła woli walki. Od zawsze była silna. Od zawsze potrafiła sobie jakoś poradzić. Nie miała się więc czym przejmować.
Polowała.
Zachodzące Światło musiała pokazać reszcie, że nie jest tylko jakimś wojownikiem, który został porwany a teraz wrócił. Teraz, to ona był tutaj najsilniejsza i nikt nie miał prawa tego kwestionować. W tym klanie, była jedną z silniejszych wojowniczek.
Wracała po zwierzynę. Udało jej się upolować jakąś mysz. Jedną ale zawsze coś. Pora Nagich Drzew nie była w tym roku surowa, jednak zwierzyny za dużo też nie było. Niedługo jednak, znowu będzie jej dużo, a co za tym idzie, więcej sukcesów w polowaniach.
[Wiewiórka]
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Wiewiórka akurat przechadzała się po terenach na ugiętych łapach i rozglądając się uważnie dookoła, starając się wypatrzyć jakikolwiek ruch, który mógłby sugerować, że gdzieś tam, w którychś krzakach, jest jakaś wiewiórka, mysz, zgubiony ptak, na którego mogłaby się zaczaić. Ostatnio polowania jej nie szły. Szybko denerwowała się tym, że nic nie może znaleźć, a gdy była zdenerwowana, to często popełniała błędy przy skradaniu się do zwierzyny.
I akurat przechodziła koło miejsca, gdzie przechadzała się Zachód, gdy dostrzegła ruch w zaroślach. Niewielka myszka biegała wkoło, widocznie czegoś szukając i nie zauważając, że z niedaleka obserwuje ją ruda wojowniczka, która natychmiast przypadła do ziemi, obserwując małe zwierzątko i próbując przewidzieć, co ono zrobi. A widząc, że przystanęło, widocznie zadowolone, że znalazło czego szukało, zaczęła się skradać. Niestety, tak skupiła się na tym, by podejść jak najbliżej i obserwować gryzonia, że nie zauważyła niewielkiej gałązki, na którą nadepnęła. Rozległ się trzask, a szare zwierzątko zaczęło uciekać przed siebie, jak najdalej od kotki. Ta mruknęła coś cicho do siebie i ruszyła w pogoń za myszką, starając się nie stracić jej z oczu. I wtedy, jej oczom, ukazało się czekoladowe futro... Przed którym ledwo wyhamowała, prawie stykając się z bokiem Zachód swoim nosem. Cofnęła się na zadzie z dwa kroki i spojrzała na nią przepraszająco.
- Wybacz, goniłam mysz i zbytnio się na niej skupiłam!- wymamrotała, delikatnie cofając uszy i mając nadzieję, że wojowniczka się nie... Zaraz. Zamrugała parę razy, w końcu rozpoznając kotkę - ciotka Zachód? Ale... Co ona tutaj robiła? Czy nie zniknęła w ostatnim czasie z klanu? Córka Śliwkowej Gałązki mogła dostrzec delikatne zdziwienie, wymalowane na pysku Wiewiórczego Skoku, która nie zdołała go ukryć. Chciała spytać co się stało i gdzie była, ale nie wiedziała, czy to nie niegrzeczne, więc póki co czekała, przy okazji pewnie na pełne nienawiści słowa odnośnie tego, że powinna uważać jak biega.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Podeszła powoli do ziemi, po której widać było, iż została wykopana a następnie coś nią zasypano. Stąd właśnie wiedziała, że to właśnie jest jej zdobycz. Gdy wreszcie ją wykopała, chwyciła wątłe ciałko myszy w zęby. Już miała ruszać do obozu, kiedy poczuła nagły przypływ powietrza na boku. Odwróciła w tamtą stronę zielone ślepia, puszczając gryzonia. Już była gotowa, aby tego kogoś okrzyczeć za nie uwagę.
Gdy jednak spostrzegła rude, znajome futerko oraz żółte oczy, ugryzła się w język. Trójkątne uszy, chodź początkowo położone na czaszce, szybko zostały postawione na sztorc. I mogłoby się wydawać, że wszystko jest dobrze, gdyby nie ogon, który dawał znać o zirytowaniu wojowniczki. Nie zdziwiło ją zdziwienie na pysku kotki. Wróciła bowiem kilka dni temu, więc jeszcze nie wszyscy zdążyli się o tym dowiedzieć.
- Wiewiórczy Skoku - miauknęła, kiwając kotce delikatnie na przywitanie. Powstrzymała się od posyłania obelg w jej kierunku. Ruda była jedyną jej bratanicą, która nie była popsuta, jak to ładnie Zachód określała. Można nawet rzec, iż zajęła miejsce Brudnej Stopy, do której to aktualnie żywiła odrazę, a która kiedyś była jej ulubioną bratanicą. Dzieci Gilowego Gardła jednak zawsze były uszkodzone, więc nic dziwnego, że kotka zeszła na złą drogę.
Za to dzieci Rudzika zapowiadały się dobrze. Och jak się myliła... Została tylko Wiewiórczy Skok i chyba jeden z synów Ognistopręgiej, ale nie była do końca pewna.
- Wyrosłaś trochę - dodała następnie, aby nie robić niezręcznej ciszy. Skoro Wiewiórka już teraz zachowywała ciszę, to postanowiła jakoś rozpocząć rozmowę. Czekoladowa kocica usiadła powoli na ziemi, nie spuszczając wzroku z żółtookiej - Też wybrałaś się na polowanie?
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Właściwie, właśnie tego się spodziewała - że Zachód ją okrzyczy, bo goniąc ślepo za uciekającą zwierzyną kompletnie nie zwróciła uwagi na otoczenie - i prawie ją staranowała. Znaczy, staranowała, to pojęcie względnie, bo Wiewiórka była zdecydowanie mniejsza od ciotki, oraz niewątpliwie słabsza, więc co najwyżej najpewniej odbiłaby się od czekoladowego ciała starszej wojowniczki i poszybowała w tył, a jedyne, co zrobiłaby Zachód, to co najwyżej chwilowe zachwianie równowagi, by po chwili znów wrócić do pionu.
Nawet delikatnie zmrużyła oczy i cofnęła uszy czekając na ostre słowa, a może i nawet krzyk, ale... Nic takiego nie nastąpiło. Ba, zielonooka właściwie... Tylko się z nią przywitała. I to nie ostro, nie sucho, nie oschle, nie... Wszelkie inne synonimy - tylko spokojnie, a nawet może wyczuła tam nutkę sympatii? A może się jej wydawało? Cóż...
Powoli również kiwnęła głową, sadowiąc swój tył wreszcie w miejscu i przyglądając się wojowniczce, jakby szukając po niej śladów dłuższej nieobecności w klanie. Właściwie, widziała ją chyba ostatnio na jej ceremonii na wojownika, a niedługo później orientalna kotka się rozpłynęła i ruda wojowniczka nie miała okazji nigdzie jej spotkać. Właściwie, nawet przez jakiś czas bała się, że kolejny członek ich rodziny zwyczajnie zmył się z dnia na dzień z obozu i już nigdy nie wróci, a tu proszę - jednak wróciła.
Wyrosła? Huh, ciężko powiedzieć, bo od kiedy widziały się ostatnio, to... Prawie w ogóle nie skoczyła w górę. A przynajmniej jej się tak wydawało, może faktycznie - nieco wydłużyły się jej łapy, kto wie? Och, a może nie chodziło o wyrośnięcie fizyczne, tylko... Mentalne? Kiwnęła głową z uśmiechem. Skoro Zachód uważała, że wyrosła, to w porządku, może faktycznie tak było. Takie rzeczy łatwiej było zauważyć, gdy nie przebywało się ze sobą dzień w dzień, nie?
- Tak, ale... Jak widać nie idzie mi dobrze. Tobie jak widzę poszło dużo lepiej - mruknęła, wskazując różowym noskiem leżącego na ziemi gryzonia, którego przed chwilą czekoladowa wykopała z ziemi po tym, jak go tam zakopała. Westchnęła ciężko, rysując łapą po ziemi chwilę i rozpamiętując swoją porażkę. - Faktycznie w Porę Nagich Drzew jest bardzo ciężko polować - dodała mimochodem. Ogólnie, zdarzały się jej problemy z polowaniem od czasu do czasu, zapominała o najważniejszych zasadach, ale nigdy nie miała większych problemów. Ale teraz, gdy zwierzyny było mniej strasznie odczuwała każdy błąd, który nie pozwolił jej złapać piszczka. - Więc... - zaczęła powoli, chcąc jakoś spytać o to, gdzie podziewała się Zachód, ale nie wiedziała, czy to nie jest jakiś drażliwy temat, więc zaczęła nieco ostrożniej: - Dawno wróciłaś?
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Zachodzące Światło nie była jak Rudzik. Nie była też jak reszta jej durnego rodzeństwa. Czekoladowa córka Śliwkowej Gałązki została porwana przez dwunożnych, lecz to nie była wymówka, aby wrócić do Klanu Rzeki. Rudzikowego Ognia jak nie było tak nie ma. Jego dzieci... Ah, jedno dziecko zostało wojownikiem, bo reszta zniknęła równie szybko jak on. Bezsens.
Teraz jednak była jeszcze Cisowa Jagoda. Z liliową nie łączyło ją jednak nic więcej, niż więzy krwi. Nie mogła jej nazwać siostrą, a jeśli już, to było to co najmniej trudne. Matka opowiadała jej o niej, lecz co z opowieści, skoro wszyscy myśleli, iż kocica nie żyje? To jakby wstała z martwych. Wracała tutaj aż czterdzieści, jak nie więcej, księżyców... I trudno nie podziwiać determinacji Cis, aby odnaleźć klany.
- Zawsze możesz łowić - miauknęła następnie. Nie bez powodu przecież uczyli się łowić i pływać na treningach. Nie bez powodu nazywali się Klanem Rzeki. Inne klany były słabe. Oni byli silni. Potrafili łowić, a tamci nie. Dlaczego? Cóż... bo są głupi. Zachód nie raz się o tym przekonała i nie raz pewnie się jeszcze o tym przekona.
Na pytanie bratanicy zastrzygła uszami, które zaraz potem położyły się na czaszce, aby ponownie stanąć dumnie na głowie czekoladowej kocicy. Machnęła ogonem, mrużąc zielone ślepia, wpatrzone w rude futro Wiewiórczego Skoku. - Nie - mruknęła - Kilka dni temu - szczęście, że wróciła bo Czerwona Gwiazda raczej tym zachwycona nie była. Popielata jednak była już coraz starsza. I mimo, iż miała dziewięć żyć, to kiedyś je straci prawda? A wtedy Gwiazdą zostanie Ćma...
- Dużo się nie zmieniło, odkąd wróciłam. Może poza tym, iż Ćmi Zmierzch została zastępczynią. Coś jeszcze się działo?
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Faktycznie, ich rodzina była kompletnie w rozsypce. Wiewiórka nim się obejrzała z całej ich siódemki została tylko ona i Kałuża (bo Wrzoska zdążyła się gdzieś zapodziać!), ojciec zginął, wujostwo się rozpadło, dziadków nawet właściwie nie znała - i to z obu stron. I, właściwie, nim Zachód nie wróciła, to z bliskiej rodziny miała tylko mamę i właśnie Kałużę, szczególnie po śmierci Liliowej Sadzawki. Chociaż, zawsze było też kuzynostwo, nie? Chociaż, z Fiołek, czy Trującym dawno już nie rozmawiała, a z resztą średnio utrzymywała kontakty. Trochę... Było to smutne.
- Taak, mogę, słuszna uwaga - bąknęła, delikatnie przytulając ogon do boku ciała. Właściwie, to nawet był dobry pomysł - lubiła łowić. A temperatury ostatnimi dniami nie były wcale aż tak niskie, żeby nie posiedzieć sobie chociaż przez chwilę nad rzeką i czegoś nie złowić. No i... To było na pewno łatwiejsze, niż polowanie. Zdecydowanie, nauka łowienia i późniejsze rozwijanie się w niej utwierdziło ją w przekonaniu, że jest to umiejętność znacznie wyższa, niż poziom jej łowiectwa na zwierzęta lądowe.
- Dobrze że wróciłaś - miauknęła, uśmiechając się delikatnie, jakby nieśmiało. Widać było, po tonie i mowie jej ciała, że pytanie nie było trafione, nie mniej nie zamierzała okazywać radości, jaka ją zalała, gdy zobaczyła znajome, czekoladowe futerko ciotki. Nigdy nie były blisko z Zachód, ba, nawet przez chwilę Wiewiórka miała do niej mieszane uczucia, ale hej, to nadal rodzina, prawda?
- Czy coś się działo...? - mruknęła, próbując się zastanowić nad ważniejszymi wydarzeniami w klanie. - Niespecjalnie, tak mi się wydaje. Ot, nowe mioty mianowane, nowi wojownicy, ale nieszczególnie coś poza tym - odpowiedziała. Jakby miała się zagłębiać w szczegóły, to pewnie powiadomiłaby kotkę o powrocie Kałuży do klanu, czy mianowaniu Mrozika na Matkę, ale nie wiedziała, czy aż takie zainteresują kocicę. A oprócz tego, większych zmian w klanie nie było. Nikogo nie wywalili, nikt nie zginął, z ważniejszych kotów, więc... Nie było zbytnio o czym opowiadać. Chyba, że o czymś zapomniała, to ups.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Oczywiście, że słuszna. Machnęła biczowatym ogonem, spoglądając w stronę rudej bratanicy. Pamiętała jeszcze, jak wszystkie kociaki Rudzika były małe. Pamiętała, jak ostatni miot Gila był mały. Jednak oba były zniszczone. Popsute. W miocie czekoladowego brata, który był jej mistrzem, tylko Wiewiórka była dobra. Póki co, nie widziała w ogóle potencjału w reszcie o ile ktoś pozostał.
Cóż, sama była zadowolona ze swojego powrotu. Skoro ruda też uważała, że to dobrze... Chociaż nie wszyscy podzielali jej entuzjazm. Na przykład taka Czerwona Gwiazda, która porównała ją do Tonącego Słońca. Tonącego Słońca. Kocur prowadził jej nauki, po czym został wygnany. Podobno nagadał jej jakiś głupot... Cóż, ona mało już z tego pamiętała. Miała wtedy cztery? pięć księżyców? Jedyne co też pamiętała z jego wyglądu, to te zakręcone uczy. Nazwał je... szczególnymi? Jakoś tak. I tylko tyle pamiętała, więc nie rozumiała, dlaczego porównywali ją do niego.
- Słyszałam, że Śnieżne Serce została uznana za zdrajce - miauknęła zaraz potem, patrząc na bratanice zielonymi ślepiami. Od początku wiedziała, że biała kocica jest bezużyteczna i durna. Czego się spodziewać po takiej niedojdzie.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Och, no tak, zapomniała o bardzo, bardzo ważnej rzeczy, która się wydarzyła całkiem niedawno. Znaczy, właściwie już dawno temu, ale cii. Z zażenowania delikatnie cofnęła uszy przytulając je praktycznie do potylicy.
- Och, no tak, było też to - mruknęła niepewnie. Właściwie, nie było jej na pogrzebie Nurt, nie było jej przy tym, jak Śliwkowa Pestka opowiadała wszystkim o tym, co też zrobiła Śnieżne Serce na ferelnym pogrzebie, oraz średnio znała jakiekolwiek szczegóły operacji Niedźwiedziego Kła, Ćmiego Zmierzchu, oraz matki poszkodowanej - Kosowej Pieśni. Wszystko co wiedziała usłyszała właściwie od Trzaskającego Mrozu, a jako iż ten jest jej bratem, to... Cóż, nie chciała specjalnie naciskać na to, co się stało. - Szczerze, to mało wiem o tej sprawie, ale tak, została uznana za zdrajcę i jeśli kiedykolwiek ją spotkasz to, jak to powiedziała Czerwona Gwiazda, nie musisz się hamować. Nie znam szczegółów zdarzenia, ale bezpośrednio przyczyniła się do śmierci terminatorki, Mknącej Łapy - dodała, nieco ciszej, spoglądając niepewnie na ciotkę. Ciekawiła się co ona o tym myślała. Sama uważała śnieżnobiałą kotkę za całkiem miłą i nawet zdążyła ją polubić, gdy spotkały się księżyce, księżyce temu, gdy młoda nie była jeszcze nawet terminatorką i dopiero zaczęła odkrywać Chruśniak. A teraz? Okazało się, że jest... Prawie morderczynią, bo przez nią umarła terminatorka!
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Świerzbiły do łapki, więc postanowił to wykorzystać i zaprosił Wiewiórczy Skok na spacer. Nie zrobił tego dlatego, że kocica mu się spodobała - nic z tych rzeczy. Była dla niego za stara. Kocur miał już plan na to, jak będzie wyglądała struktura jego rodziny i partnerka powinna być od niego młodsza i drobniejsza, choć nie na tyle, by nie być w stanie urodzić mu zdrowych dzieci. Córka Ognistopręgiej nie spełniała właśnie głównego z tych wymogów. Skrząca Łapa chciał po prostu sprawdzić, jak wojowniczka się trzyma po stracie Szarotkowej Łapy, z którą wydawała się być dość blisko. W końcu ciało znaleźli razem, więc czuł się niejako w obowiązku sprawdzić w jakim stanie jest jego towarzyszka.
Kiedy więc kocica zgodziła się z nim wyjść, pozwolił jej obrać trasę. Z początku także milczał, dając jej szansę na rozpoczęcie jakiegoś tematu. Bo nie chciał tak z grubej rury pytać o zmarłą terminatorkę. To byłoby nie na miejscu.
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Właściwie, można nawet powiedzieć, że trochę się ucieszyła, z propozycji Skry by się przeszli. Bo, właściwie, od jakiegoś czasu miała pilną potrzebę podziękowania mu, że wtedy pomógł jej z ciałem Szarotki, a potem zwołał klan, no i odpowiadał na wszelkie pytania, gdy ona mogła właściwie... Oddać się żałobie. Była mu wdzięczna, że zwyczajnie wziął to wszystko na swoje barki - w sumie dosłownie, bo w końcu to on całą tę drogę niósł szylkretową kotkę, a ona tylko za nim szła, ledwo pamiętając o kolejności stawiania łap. Ale, jakoś, nie było okazji, żeby nieco pogodzić się ze śmiercią najlepszej przyjaciółki trochę bardziej pochłonęła się obowiązkami - więcej patrolowała, polowała, byle nie mieć tyle czasu na myślenie, bo to przyprawiało jej nadal ból. No i jakoś nie mogła przez to wpaść na Skrzącą Łapę, by mu podziękować.
To kocur okazał się tym, który ją złapał i wyciągnął na spacer. Dlatego właśnie, zgodziła się niemal natychmiast.
Początkowo szli w milczeniu, jednak kocica cały czas zastanawiała się, jak zacząć ten temat. Nadal ją bolał, i gdy rozmawiała z kimkolwiek o zmarłej kotce, to czuła, jak jej serce boleśnie rozrywa się na kawałki. Niemniej, na pewno było już z nią lepiej, niż niedługi czas po tym zdarzeniu. W końcu, wypuściła ciężko powietrze przez nos i uniosła łeb, który cały czas miała delikatnie opuszczony, by obdarzyć syna Mysiego Kroku szybkim spojrzeniem.
- Nie miałam jeszcze okazji... Ci podziękować - zaczęła, a jej głos nieco się załamał, niemniej, nie dała mu dojść do słowa, bowiem przełknęła tylko ciężko ślinę i kontynuowała dalej: - Wiesz, za pomoc. W sensie... Przy przenoszeniu Szarotkowej Łapy... I wtedy, na pogrzebie... Gdy zwołałeś klan... I odpowiadałeś na pytania... - mruknęła, posyłając buremu delikatny uśmiech. Nagle poczuła znów chęć rozpłakania się, gdy przypomniała sobie to wszystko, ale jej oczy jedynie lekko się roziskrzyły, jednak nie wypłynęła z nich żadna łza, gdy kotka znów spuściła delikatnie łeb i zaczęła nieco gwałtowniej mrugać. Cóż, temat ten nadal powodował u niej lekkie załamanie, ale obiecała sobie, że będzie silniejsza. Dla Szarotki. Musi być.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Gdy Skrząca Łapa właśnie planował się odezwać, uznając, że jeśli on tego nie zrobi, to całą drogę będą szli w ciszy, Wiewiórczy Skok przemówiła, a jej słowa nie były tym, czego się spodziewał. Nie uważał, że należały mu się podziękowania. Uważał, że jego obowiązkiem było jej pomóc, zwłaszcza z czynnościami fizycznymi, takimi jak targanie ciała zmarłej. Był on bowiem zdania, że kocur zawsze powinien w takich sytuacjach pomóc kotce. W jego oczach samice były delikatne i kruche, nie tylko z charakteru, a zadaniem samców było ich chronić. Wydawało mu się zatem, że spełniał swoją powinność.
Pokręcił przecząco głową.
— Nie masz za co dziękować, Wiewiórczy Skoku. Na moim miejscu każdy postąpiłby tak samo. Jestem bardziej obyty ze śmiercią. Takie widoki... choć drastyczne, nie robią na mnie wrażenia. Musiałem się tak zachować, widząc w jakim jesteś stanie — odparł, usprawiedliwiając swoje zachowanie i starając się przekazać kotce, że naprawdę nie musi dziękować.
Nie wiedział natomiast jak się zachować, gdy słyszał jak jej głos się łamie, a w oczach zaczynają zbierać się łzy. Nie przyszło mu do głowy by ją przytulić - to by było spoufalanie się, bo nie byli przecież na tyle blisko, a danie jej wyraźnego sygnału, że to widzi mogłoby ją wprawić w zakłopotanie, co również nie było dobrą opcją.
— Jak się czujesz po tym wszystkim? Jest w porządku? — zapytał, czując, że to będzie nieco lepsze pytanie, niż pokazanie jej, że widzi te zaszklone oczy.
Jest mała i drobna. Znajduje się w dolnej granicy wzrostu kotek w tym klanie. Posiada krótkie, jasnorude futerko, pokryte ciemniejszymi, klasycznymi pręgami. Pod tym futerkiem skrywa smukłe, chude ciałko, pod którym prześwitują żebra, oraz ledwo widoczne mięśnie. Jej pyszczek jest okrągły i krótki, a na jego końcu widoczny jest różowy nosek. Nad nim widoczne są żółte, duże oczy. Na krańcu głowy posiada długie uszka. Ma strasznie długie i gęste białe wąsy. Przy pyszczku i oczkach jej sierść jest jaśniejsza. Podobnie, chociaż nie tak widoczne przejaśnienia są również na jej klatce piersiowej, brzuchu, oraz wewnętrznej części ud. Jej futerko jest wiecznie zadbane, ponieważ bardzo o nie dba; uważa że jakoś trzeba się prezentować!
Jest typowym introwertykiem. Uwielbia siedzieć sama i po prostu myśleć, obserwować otoczenie. Jednak, jak każdy, czasem potrzebuje obecności innego kota. Jest ona kotką mało rozmowną, wręcz ociekającą nieśmiałością, dopóki kogoś bliżej nie pozna. Zazwyczaj jest optymistką - stara się widzieć wszystko w różowych barwach. Jest bardzo empatyczna. Na pewno chętnie wysłucha i służy jako ostoja do wypłakania się. Jest bardzo niecierpliwa, co ma swoje ujście między innymi w jej czynach - zbytnio się spieszy i robi niektóre rzeczy niedokładnie. Nie ma również idealnej pamięci i często zdarza jej się niektórych rzeczy po prostu zapominać. Jest również niezdarna. Szybko się denerwuje porażkami, ponieważ towarzyszyły jej od kiedy pamięta. Bardzo bierze do siebie wszelkie złe słowa na jej temat. Zazwyczaj jest pełna energii, ale lubi czasami powylegiwać się i nic nie robić przez pół dnia. Szybko się przywiązuje. Nie jest w stanie nic na to poradzić, ale praktycznie każdy, kogo pozna, od razu jest jej przyjacielem. Jest również nieco strachliwa. Jakby przyszło co do czego niewątpliwie prędzej wybrałaby ucieczkę, niż walkę, ponieważ bałaby się co z takiej walki może wyniknąć. Widać u niej typowy brak odwagi również w kontaktach z innymi; czasami zbytnio stresuje się rozmowami, co często widać po tym, że odwraca wzrok, owija ogon dookoła przednich łap, czy cofa uszy.
Wiewiórka jednak miała silne wrażenie, że mimo wszystko, musi mu podziękować. Bo niespecjalnie uważała że kocury powinny wyręczać kotki, czy chronić je jakoś specjalnie, albowiem te również mogły sobie poradzić z jakimiś trudnościami, niemniej, w tamtej chwili kompletnie nie mogła sobie poradzić, więc była naprawdę wdzięczna synowi Bukowej Kory, iż ten jej pomógł, gdy ona była w kompletnej rozsypce. Zresztą, nawet jakby chciała, nie poradziłaby sobie z Szarotkową Łapą sama, to akurat prawda, niemniej, nie chciała również, żeby kocur dźwigał ją sam! Chciała mu pomóc, ale po prostu... Po paru krokach zdała sobie sprawę, że właściwie bardziej mu przeszkadza, więc pozwoliła mu działać, ale z czasem czuła się nieco źle, że tak po prostu zrzuciła wszystko na niego, mimo iż ten niespecjalnie protestował.
Przygryzła delikatnie dolną wargę, gdy ten powiedział, że jest obyty ze śmiercią. Nie wiedziała, czy chodziło mu że ogólnie, czy przez zdarzenie z jego wczesnego dzieciństwa, aczkolwiek... Było jej przykro, że kocur musiał przez to przejść. Ona sama nie wyobrażała sobie na przykład życia bez mamy, gdy to najbardziej jej potrzebowała, nawet teraz, gdy można powiedzieć, była już całkowicie dojrzała. Bo... Nie do końca była, huh.
- I tak czułam, że muszę ci podziękować, bo nie wiem, czy każdy by tak postąpił - mruknęła, biorąc głębszy wdech, który miał już ją uspokoić, albowiem naprawdę nie chciała teraz płakać. Nie mogła. Nie czuła się pewnie, gdy była sam na sam ze Skrzącą Łapą, gdy miała się jeszcze rozpłakać, o nie. Już i tak widział o wiele więcej jej słabej strony, niż ktokolwiek inny, poza jej przyjaciółmi. - I właściwie, nie ważne, czy ktokolwiek inny by tak postąpił, i tak czułam, że muszę podziękować - dodała, a nawet delikatnie się uśmiechnęła, gdy rzucała spojrzenie kocurowi, dokładnie omijając jego oczy. Nadal miała delikatny problem z nawiązywaniem dłuższego kontaktu wzrokowego, a teraz to już w ogóle, huh.
- Cóż, na pewno już trochę lepiej. Nie mogę powiedzieć, by już było całkowicie w porządku, ale... Jest lepiej - odpowiedziała powoli. Faktycznie, nie przeszła jeszcze całkowicie nad tą sytuacją, aczkolwiek na pewno było już lepiej. - A... Co u ciebie? Jak trening? - zagadnęła po chwili, chcąc zmienić temat. Na poprzedniej ceremonii miał zmienianego mistrza, ciekawiła się więc - dlaczego? Czyżby Sokół nie spełniał wszystkich oczekiwań burego terminatora? Czy to może wojownik wnioskował o tę zmianę? Nieszczególnie rozglądała się, by to sprawdzić, więc nieco interesowała ją ta kwestia, a zmiana tematu na pewno dobrze na nią wpłynie.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
— Jak uważasz. Nadal jednakże jestem zdania, że był to mój obowiązek. Nie mógłbym patrzeć jak się męczysz i podejrzewam że każdy, kto nie jest mysim móżdżkiem odczuwałby podobne emocje — odpowiedział, wzruszając delikatnie barkami. Jeśli ktoś pomimo tego, że Wiewiórczy Skok widocznie nie była w stanie w tamtej chwili targać ciała, czy zwoływać klanu, kazał jej to zrobić, to... cóż, ciężko byłoby go nazwać dobrym wojownikiem, czy w ogóle kotem. Choć Skra mógł wydawać się oschły, głównie przez swój wyraz pyska, czy ton mówienia, miał pewne zasady, których się trzymał, a jego poczucie moralności było... raczej na dość dobrym poziomie, nawet jeśli wręcz fanatycznie traktował zasady kodeksu.
— Z każdym kolejnym wschodem słońca będzie lepiej, Wiewiórczy Skoku. Jestem pewien, że patrzy na ciebie z góry tak, jak moja matka patrzy na mnie — spróbował ją jakoś pocieszyć w dość... hm, raczej nieudolny sposób. Raczej nie do końca było to coś, co kocica chciałaby w tej chwili usłyszeć, ale Skra za mało obcował z innymi kotami, a już w szczególności z kotkami, by to wiedzieć. Dopiero uczył się żyć w społeczeństwie.
— Ciężko stwierdzić po jednym spotkaniu, jak możesz się domyślić, aczkolwiek po samym zachowaniu na ceremonii wydaje mi się, że Bursztynowy Wschód jest dla mnie bardziej odpowiednim mistrzem.