Bowiem taki widok mógł zastać ktokolwiek, kto przechadzał się aktualnie w okolicach końskiej ostoi. Na wyłożonych flizami belach siana, a raczej w szparach pomiędzy owalnymi zbiorowiskami, wychylała się kępka buro-białej sierści. Kępka buro-białej sierści na kocim zadzie, co było warte wspomnienia. Nie było widać kotletowej głowy, spomiędzy beli wystawał tylko kuper, puchaty ogon i część prawej, tylnej nogi. Reszta ciała wciśnięta była pomiędzy sianem. A może nawet ściśnięta? Czyżby kot, do którego należał bury zadek utknął? Nie wyglądało na to, w takim przypadku chyba by chociaż próbowałby się szarpać. Albo krzyczeć o pomoc.
Kotlet jednak jakby zamarzł w bezruchu, być może kompletnie nieprzejęty swoją sytuacją. Jedyną oznaką, że jeszcze tam zipie był drgający co parę sekund ogon, niepewno czy z frustracji czy przez muskające o jego dno końcówki słomy, wystające spod flizów.
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
- Halo, przepraszam? - powiedziała nieśmiało, widząc wystający zadek i jedną nogę. Miała obawy, że ktoś się zaklinował pomiędzy belami słomy, a jako jedyny świadek miała obowiązek pomóc jegomościowi. Oczywiście była też opcja, że bure futerko już nie żyje, choć nie czuć było od niego zgnilizną. Oraz drgający ogon, choć dla Rybki był to równie dobrze odruch pośmiertny.
Wskoczyła na pierwszą belę, przyglądając się niepewnie wystającemu kuprowi. - Potrzebujesz pomocy? - spytała, choć z obawy, że mógł teraz konać w męczarniach i stracić wszelkie siły, chwyciła go zębami za ogon i pociągnęła.
Albo nie usłyszał słów Ryby, może i nieco zagłuszonych przez położone obok bele, albo zwyczajnie je zignorował. A może to były po prostu głosy w głowie. Nie pierwszy raz by mu było dane takie słyszeć! Chociaż najczęściej miały znajome głosy, w końcu głównie jego własny. Hm, chyba jeszcze takiego głosu nie słyszał. A może i słyszał, ale po prostu wyparł z pamięci? A może jednak nic nie słyszał, a to po prostu dziwny szum wiatru przechodzącego przez ciasno zwinięte sia-
- KURDE BELE - Pociągnięcie za ogon poskutkowało nagłym wyskokiem burej sierści, a płaski pysk wyłonił się z głośnym okrzykiem. Wyłonił się to było mało powiedziane, bowiem z zaskoczenia Kotlet aż odbił się wszystkimi czteryma łapami od beli, przez chwilę znajdując się w powietrzu. Wylądował na miękkiej trawie, cudem jeszcze na wszystkich łapach, niepołamany. Przez moment jakby nie kontaktował, rozglądając się najpierw dookoła, a potem w kierunku, z którego wyskoczył. Zauważając w końcu źródło głosu.
- CIĘ INO KIJEM POSZCZUJĘ ROJBRZE MAŁPO JEDNA- - Pomimo głośnego, bardzo głośnego tonu głosu Kotleta, kocur nie wydawał się być szczególnie zły. Chyba bardziej tym wszystkim zaskoczony niż wściekły, z wyszczerzonymi gałami gapiąc się na nieznajomą. - CO ZA WSIOK po KIEGO mnie za ogon ciągła????? - Naburmuszony był na pewno, futro napuszyło mu się, a ten od razu się najpierw skulił, a potem niezdarnie wdrapał z powrotem na belę.
- Się szeregowy zestresuje to i nam cztery maszty popsuje - Mruknął jakby z frustracji, nos przyciskając do beli, tym razem jednak nie nurkując z powrotem pomiędzy.
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
- AAAA - krzyknęła, nie wiedząc dokładnie, czy ze strachu czy z zaskoczenia czy z obu na raz. Kocur wrzasnął i był głośniejszy niż mogłaby się spodziewać po konających zwłokach. Nie chciała mu przecież zakłócić spokoju, ale nie mogła przejść obojętnie, szczególnie, że jej nie odpowiadał. Może dała mu trochę zbyt mało czasu? A może wcale nie powinna była podchodzić?
- JA PRZEPRASZAM, JA NIE ROZUMIEM CO PAN MÓWI - mówiła podniesionym tonem, by dorównać jego, chociaż pyszczek miała przerażony, a ton głosu się załamywał pod ciężarem niepewności. Nigdy nie miała większych problemów z pamięcią czy koncentracją, a teraz bała się, że trafiła w tak odległe miejsce, że koty zaczynają mówić w innym języku. Czyżby chodziła przez sen? A może umarła?
- Nie chciałam pana budzić, naprawdę! - pisnęła, cofając uszy w tył. - Czy mogę się jakoś odwdzięczyć? O..O ile rozumie pan co mówię.
Nowo przybyła zaczęła dorównywać mu głosu, na co... Kotlet przecież był zmuszony odpowiedzieć identycznie. Taka natura, nawet jak kocur nie był zły czy już szczególnie przejęty, a część adrenaliny już się z jego ciała ulotniła. Część.
- KI PAN, OD KIEDY TO KOTLETOM PRZYSŁUGUJĄ FORMY GRZECZNOŚCIOWE, TOŻ TO ZWYKŁY SCHABOWY, NIE JAKI PAN - Zamrugał, rzadkość, spoglądając wzrokiem wyrażającym więcej niż tysiąc słów na Rybę. To było... Nietypowe spotkanie, ale spotkanie tak czy siak. Się zaczął zastanawiać, czy nie będzie go po nim gardło boleć. Hm. Pożyjemy, zobaczymy.
- Budzić? Przecież ja skarbów szukam, ot! Tam, patrz, między belami. Najpierw dmucham, potem pukam, chwilę czuwam i... - Po kolei każdą z wymienionych czynności zrobił na oflizowanych częściach siana, a następnie rzucił się pomiędzy nie, zastygając na chwilkę w tej samej pozycji, w której znalazła go Rybcia. Chwilę się nie ruszał, parę uderzeń serca, tym razem jednak wydostał się bez niczyjej pomocy, w łapie trzymając... Piórko? - Masz, to dla ciebie. Jeszcze milion skarbów się stamtąd wygrzebie! Jest panienka chętna spróbować? Trzeba tylko odpowiednio zanurkować! - Położył przed kotką małe, czarne piórko.
Zignorował pytanie nieznajomej, po prostu odsuwając się, dając Rybie pole do popisu. Może to był jego pomysł na odwdzięczenie się? Poszukiwanie skarbów?
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Z burej mordki wydobywało się tyle słów, szczególnie niezrozumiałych, że Rybka nie była pewna, co powinna była zrobić. Podałaby mu jakieś ziółka, może coś na uspokojenie. Chociaż, kto wie, może lepiej byłoby tak naprawdę się wycofać, ot po prostu. Co jeśli był niebezpieczny? Miała osierocić Panterę? Nie żeby była jego matką, ale odpowiedzialność czuła.
- Um... - zacięła się, rozglądając się niezręcznie na boki, błagając w duszy, żeby zmieniło się cokolwiek w rozmowie, by nie musiała zgadywać, o co kocurowi chodzi. Kojarzyła co drugie słowo, ale jednak jeśli złożyć zdania w jedną całość, to wychodziła z tego rozmemłana papka głupot.
- Skarbów? - podniosła z powrotem uszy, przyglądając się szybkiej magii, którą zaprezentował na beli siana, wyciągając piórko. A później podarował je jej! - Oh! Ojej. Dziękuję - powiedziała, szczerze wzruszona. Chyba nikt nigdy nie dał jej prezentu, więc była to chwila na tyle emocjonalna, że od razu zeszkliły jej się oczy. - Jest piękne, naprawdę - dodała, przyglądając się piórku. - Ja? Spróbować? Oh, no dobrze - zgodziła się niepewnie, choć głupio było jej odmówić po podarku, który dostała.
Przybliżyła się do beli, podmuchała, zapukała, chwilę czuwała i zanurkowała w sianie, niespokojnie machając ogonem. Miała wrażenie, że nie ma pojęcia co robi, tak więc złapała cokolwiek jej się podwinęło pod łapkę. Wysunąwszy się spomiędzy beli, trzymała ze sobą...cóż, długie, suche źdźbło trawy. - Oh. - skomentowała smutno.
Ojej, wzruszyła się. Obiadek uśmiechnął się krzywo, lekko trzęsąc całym cielskiem. Potem zaś obserwował z zaangażowaniem, jak kotka próbuje również zanurkować po skarby. Zrobiła wszystko, jak poinstruował. Podmuchała, popukała, poczuwała, ale niestety, znalazła tylko odłamek słomy. Kotlet mrugnął, przyglądając się uważnie znalezisku.
- Ojej, skąd ta smutna mina? Zaś przecież to nie twoja wina. Raz nie wyszło, trzeba próbować dalej. Aż do skutku, musisz podejść wytrwalej. - Kotlet leciutko pacnął Rybkę w bark, żeby nieco przesunąć ją na bok. Sam się usadowił ponownie do luki pomiędzy belami, podmuchując, odpukując, czuwając i... Nurkując! Chwilę tak się nie ruszał, tym razem nawet wcisnął się dalej niż wcześniej, bowiem było mu jedynie widać poduszki u tylnich łap i ogon. Idealna okazja do pogilgotania wręcz.
Zanim coś to jednak zdążył już się wydostać, rozczochrane futerko po bokach cielska i łba będące jego ostatnim zmartwieniem, bowiem co odnalazł...?
- O, patrz. Mamy pasujące. - Mruknął, trzymając między zębami własne, wyciągnięte chwilę temu źdźbło słomy.
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Skrzywiła się krótko, zniesmaczona własną porażką. Tak jak zwykle utrzymywałby jej się ten stan przez dłuższy czas, tak słowa kocura były wyjątkowo pocieszające. On sam zresztą był pocieszny, przypominał jej zabawnego wujka, którego nigdy nie miała. Uśmiechnęła się nawet lekko do niego, starając się wyprzeć niepowodzenie z pamięci, przyglądając się kolejnemu nurkowaniu.
- Jest pan przezabawny, panie... - zaśmiała się krótko, przeciągając głoskę z nadzieją, że się przedstawi. - Ja mam na imię Ryba - dodała, witając się oficjalnie z płaskomordym burkiem. Nigdy nie czuła się tak swobodnie przy obcym jak przy nim. Może to ten swojski klimat tak działał.
- I jeszcze raz przepraszam, że pana pociągnęłam.
- ...Kotlet. Najlepszy obiadek na markecie, podawany na każdym bankiecie. Imprezie? - Zastanowił się na ułamek sekundy, ale w sumie nie było to teraz istotne. W końcu każdy wie, czym jest porządny, dobry niedzielny schabowy. Przecież nie znać było równoznaczne z nieistnieniem!
- Oh, szanowne jedzonko, to było przeznaczenie, to jedyne wytłumaczenie tego spotkania. Planety się ustawiły, dopuszczając do naszego poznania. - Doszedł do konkluzji, unosząc łapę w górę, jakby do uzasadnienia w jakiś sposób swojej tezy. - Nie musisz przepraszać, Rybo. Chciałaś dobrze, to z oczu ci miło patrzy. Zaś kto mógł powiedzieć, co się właściwie zdarzy? Jakoby bele się nagle zsunęły i mnie przygniotły, oj, Rybo, nawet chłopy by mnie stąd nie wywlokły! - Pokręcił lekko łbem.
- Ale już wystarczy grzeczności, jeszcze zaś Kotlet nie osiągnął starości. Starczy samo Kotlet, nie jakiś pan czy sian. Odpowiada taki plan? - Położył się na beli, na tę chwilę najwyraźniej zostawiając wciskanie się po skarby w spokoju. Miał to znalezione swoje źdźbło, zawsze dobre to jako jaki gryzak. Śmiesznie się między zębami trzyma, a żuje jeszcze lepiej.
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
- Panie Kotlecie - uśmiechnęła się, powtarzając imię teraz już znajomego. Nietypowe, za nic nie wiedziała, czym były kotlety, chociaż kocur wspomniał coś o obiedzie. Może to było inne określenie na zająca? W końcu sam kocur mówił bardzo nietypowo, nie zdziwiłaby się, gdyby i na ryby określenie było inne.
- Planety? - uniosła brew. - Oh, tak. To rzeczywiście byłoby niefortunne. Cieszę się w takim razie, że nic ci nie jest, Panie Kotlecie. Wielka szkoda by była, jakby cię przygniotło. Jesteś naprawdę miłym kotem i cieszę się, że cię poznałam - wyszczerzyła się lekko, szczerze zadowolona ze spotkania kocura. Był dziwny, nietypowy, gadał od rzeczy, a jednak był do tej pory najmilszą osobą, którą spotkała.
- Oczywiście, odpowiada - przytaknęła. - Czy tam skąd pochodzisz wszyscy mówią w taki sposób? Nie zrozum mnie źle, brzmisz naprawdę pięknie! Po prostu raczej...nietypowo. Nie tak, jak zwykle słyszałam od kotów.
Eh, a Rybcia wciąż mu paniuje. No cóż, chyba jej nie wyprosi, trudno. Jak jej tak wygodniej.
- Oh, przyjemność po mej stronie, zawsze milej w większym gronie! - Zaśmiał się lekko, kiwając łbem. Wysłuchał pytania nowej koleżanki, miętoląc między zębami wciąż źdźbło siana, które dyndało spod buro-białej mordki. W ten sposób? Czyli jaki? Może o jego akcent chodziło? No, może i brzmiał trochę jak wsiok, nie mógł zaprzeczyć.
- Tam, skąd żem przywędrował, ton taki królował. Nie jeden, co na dworze wczesnym porankiem kury z kurnika wyganiał, podobnie do mnie zawsze mawiał. Kij wie, może tak, może nie. Akcent, swojska rzecz. - Mlasnął źdźbło, gdy to nagle do jego uszu dotarł dźwięk kroków, przecinających długie rośliny na polu. Kotlet wstał, od razu rozglądając się dookoła, w kierunku dźwięku - rolnika kręcącego się niedaleko bal.
- O, moi ludzie, zawsze w tak wielkim trudzie. No, nie ma co przeszkadzać, im w robocie nie będę doradzać. - Mruknął, zeskakując z bali i znikając wśród wysokiej pszenicy niedaleko, nawet nie będąc w stu procentach pewien, czy Ryba go w ogóle znajdzie, nawet jak się od razu ruszy. Trudno, pożegnałby się chociaż, gdyby wiedział.
//Zt
Dziś walimy na całość damy wielką banię
Nie ma czasu na smęty i na dołowanie
Jest impreza u Cygana my musimy tam być
Hej
Można będzie do rana chillować i pić ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Bania u Cygana bania u Cygana hej
Bania u Cygana do rana ho
Księżyce: 59 Płeć: Kocur Matka: Sekwoja Ojciec: Puszek Trwałe urazy: duże ślady po bliznach na szyi, na prawym boku, na karku; wiele pomniejszych blizn i szram
Księżyce: 59 Płeć: Kocur Matka: Sekwoja Ojciec: Puszek Trwałe urazy: duże ślady po bliznach na szyi, na prawym boku, na karku; wiele pomniejszych blizn i szram
Duży, długowłosy i masywny, umięśniony. Ciemny dymny. Złote oczy. Źle mu się patrzy z pyska, ma wiele szram i blizn. Ma dużą, białą kryzę; białe znaczenia także w okolicach brzucha.
Niemiły, oschły i chłodny. Zimny, mówi niewiele. Wykona każdą robotę. Prywatnie handlarz kocimiętki
Senny Świt [KRz], Martwa Dusza [KC]
Alikorna nie trzymało zupełnie nic na osiedlu, dlatego też postanowił zmienić swoje otoczenie. Osiedle było jego, ale było tak dramatycznie małe, że wydawało mu się po prostu nieziemsko nudne. Nie miał co tam robić. Kogo atakować. Tęsknił za czasami, gdy łatwe ofiary bezpośrednio wpadały mu w łapy i dymny nie musiał zastanawiać się, co dzisiaj zje na obiad.
Kiedyś wszystko było jakieś lepsze.
Kocur nie wiedział do końca, czego szukał. Przechadzał się nieśpiesznie po siedlisku koni, starając się znaleźć drugi pysk do wykorzystania. Nie był zainteresowany gadaniem.
Taki już po prostu był.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Las był wyjątkowo spokojnym miejscem. Był tu bodajże trzeci dzień z rzędu, a do tej pory, nic nie chciało go zeżreć. Był niemal pewien, że na każdym kroku będzie zagrożenie w dowolnej postaci... psa, lisa, borsuka, czy mniej przerażającego - kota, który chciałby go pozbawić życia. Nie powinien być nazbyt pewny, i w tym się upominał wielokrotnie. Najgroźniejszy przeciwnik to taki, którego nie bierze się na poważnie. Na ten moment umiał zadbać o siebie na tyle, żeby nie umrzeć, a nie był niepokonany. Jak nieskromnie sądził, jeszcze.
W tej chwili, jednakże, nie było powodów by nawet myśleć o możliwym zagrożeniu. Ćwierkanie ptaków utwierdzało go w tym, że nie miał czego się obawiać. Nie śmierdziało tu też padliną, ani żadnym drapieżnikiem... aczkolwiek, do nosa wleciał mu obcy, silny, kwaskowaty zapach. Uniósł łeb nieco wyżej, żeby móc łatwiej złapać zapach. I miał - wyczuł kogoś. Skłamałby mówiąc, że ów kota by się bał... Nie wyglądał groźnie. Zdecydowanie, zdawał się być niższy. Był szeroki, ale to nie sprawiało, że Mustang miałby się bać.
Usiadł więc na widoku, wbijając w niego spojrzenie. Nie był... do końca... pewien... jak w ogóle się zachować. Do tej pory miał kontakt jedynie ze swoją rodziną i ich najbliższymi, to było raptem... pięć kotów? Może cztery. Nie widywali się co dzień - z wiekiem zdawało mu się, że był jedynie przy rodzicach i siostrze. To chyba pierwszy faktyczny obcy kot, którego widział. Na pewno pierwszy w lesie. Nie dawał po sobie poznać tego zmieszania, miał twardą, pewną siebie mimikę. Sam też był wyprostowany, chcąc pokazać się jakoby był znacznie większy, niż już i tak był.
Księżyce: 38 Mistrz: Spadające Niebo Płeć: kocur Matka: Tupocząca Gwiazda, Brzozowa Drzazga Partner: Ostatni już raz sprawiłem, że jej oczy płaczą
szeroki, niski, o długim, kręconym futrze barwy czekoladowej pręgowanej klasycznie. Biel na łapach, brzuchu, ogonie oraz pysku. Oczy bladoniebieskie.
nieśmiała, przyjaźnie nastawiona do świata istotka, która stara się iść przez życie pewnie i z uśmiechem na twarzy
Ślimacza Skorupka [S], Tygrys [GK] i reszta
Wybrał się w końcu do tej stajni, bo myślał o tym tak dużo, że nie był w stanie dłużej odkładać tego pomysłu. Za każdym razem czuł ekscytację, gdy wyobrażał sobie te wielkie, sarnopodobne stworzenia. Nie miał tego szczęścia, by zobaczyć je w lesie, w towarzystwie dwunożnych... Ale może to i lepiej? Chyba wolał zobaczyć je z daleka, z bezpiecznej odległości i zdecydowanie bez ludzi chodzących wokół. Ich się akurat bał, po części. Nie wiedział co złego mogliby mu zrobić, gdyby został przez nich zauważony.
W każdym razie, w końcu się przełamał i ostatecznie uznał, że wyruszy do stajni sam. To nie miał być długi spacer, chciał poświęcić wyłącznie chwilę, by przez ogrodzenie przyjrzeć się koniom i szybciutko wracać na bezpieczny rewir. Gromowe tereny, rzecz jasna. Tam mógłby być narażony tylko na drapieżniki, które dobrze zna i wie jak je zwalczać. A na obcym terenie... Nigdy nie wiadomo, na co trafi. Czy obcy kot, który siedział przy wielkiej, suchej stercie był zagrożeniem? Dla Kornika... Cóż. Trochę tak i trochę nie. Bo z jednej strony kocur wyglądał na młodego, nieszkodliwego... Ale z drugiej, tamten samotnik, który zaatakował go na terenach klanu wyglądał podobnie, a jednak okazał się niebezpieczny. Na pierwszy rzut oka różniło ich w zasadzie tylko to, że tamten rzucił się bezmyślnie na polującego, wtedy jeszcze, terminatora, a ten siedział spokojnie po prostu mu się przyglądał. Może wcale nie miał złych zamiarów? Trzeba być ostrożnym.
- Hej! Wszystko w porządku? Mieszkasz tutaj? - Zawołał głośno, zachowując większy dystans. Chciał mieć czas na ucieczkę, gdyby okazało się, że kocur zamierza go zaatakować. Nie chciał z nim walczyć. Samotnik wyglądał niepozornie, ale mógł okazać się silniejszy i sprytniejszy... A tutaj magicznie nie znajdzie się ktoś, kto mógłby pomóc w razie kłopotów. Co gorsza, gdzieś blisko może być więcej samotników, a walka z kilkoma byłaby od razu spisana na straty. Zdecydowanie musiał uważać.
krótkowłosy, wysoki, umięśniony, snow lynx, czarny point bengal z rozetkami
arogancki, wywyższający się, manipulacyjny, nieempatyczny, oschły, a to tylko początek zalet
James [S], Mewia Łapa [KW], Wąż [KG]
Od wspomnianego samotnika Mustang różnił się też tym, że nie potrzebował atakować z zaskoczenia, by ewentualnie zdobyć przewagę. Nie miał zamiaru tego sprawdzać, ale pewność w tej kwestii była w nim nie do zbicia. A gdyby się okazało inaczej - bo Kornik był znacznie bardziej zaprawiony w walce, to młody samotnik chyba by się spalił ze wstydu!
Poruszył uchem, gdy usłyszał głos obcego. Następnie przechylił w jego stronę łeb, patrząc jak ten uważa, żeby nie podejść zbyt blisko. Słusznie! Niech się boi. Uśmiechnął się nieznacznie do samego siebie, chociaż w razie potrzeby, powiedziałby że uśmiech miał być do niego, jako jakiś przyjazny znak. - Mieszkam, tak jakby - odpowiedział zaraz, machając głową w potwierdzeniu. - Ale nic mi nie jest... Chyba nie wyglądam, jakby tak było?
Uniósł jedną z brwi ku górze. Nie brzmiał w żaden sposób wrednie, czy coś. Raczej chyba po prostu chciał wiedzieć jak się prezentuje!