Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
...no, więc jak już mówiłem, to ta grrranica jest spoko. Ale do tego twojego legowiska też będę wpadać, na prrrzykład o, patrrrz! - powiedział, kiedy stanęli przed porzuconym gniazdem. - Odwiedzam je właśnie TERRAZ. Ja serrrrio bym częściej wpadał, ale ten, Barrrrwna Woda się marrtwi i w ogóle, poza tym jak ktoś się będzie WYKRRRRRRWAWIAŁ, to ja muszę tam BYĆ, żeby pomóc, czaisz? Poza tym w każdym momencie może wrrrócić BEBECH, a ja nie chce tego pominąć. I w ogóle - skończył, kiedy paplał bez końca dobre pół godziny. Razem ustalili, że mogą się przejść i tutaj, dlatego nora pod złamanym krzewem poszła w zapomnienie, a oboje ulokowali się właśnie tutaj. Teraz pomarańczowe gały wpatrywały się w podłużny pysk Oriona, oczekując, że ten coś powie.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion większość trasy grzecznie słuchał liliowego, chociaż spytany o streszczenie całego monologu musiałby przyznać, że kilka razy najwyraźniej się jednak wyłączył. Jednak im bliżej legowiska, tym lepsze było jego skupienie, więc udało mu się zebrać kilka pytań, by przypadkiem nje wyjść na największego ignoranta, do którego to można gadać jak do skały i tyle.
– Ale czym się ten Barwna Woda martwi? Przecież mu ciebie nie zjem. – pierwsza, najważniejsza kwestia. – Poza tym co jak akurat to ja się będę wykrwawiał na śmierć, co? Kto mi wtedy tutaj pomoże, hm? – druga kwestia odhaczona. – I jaki Bebech, że jego powrót jest tak ważny? – ważniejszy ode mnie, chciał spytać, ale o dziwo czasami posiadał jakieś resztki godności.
– No i spójrz w ogóle jak tu teraz ładnie, już nie wygląda jakbym wywalczył to miejsce od umierającego kuraka. – pochwalił się, prezentując nową odsłonę starego gniazda. Główną różnicą były niezdrowe wręcz ilości kwiatów powtykanych wszędzie, suszonych i świeższych. Było ich wystarczająco wiele by co wrażliwszych rozbolały oczy od miliona barw. I drobne pióra puchowe, których miejsce teorerycznie było w środku gniazda, a w praktyce – wszędzie. Cóż, nie żeby to robiło różnicę, rzadko tu bywał.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- Ale on tego nie wie! Poza tym, ja też nie, może tak naprrrawdę chcesz mnie zjeść? I co wtedy???? - spytał śmiertelnie poważnie, wlepiając swój wzrok w kocura. W sumie, to on go prawie nie znał! Nie wiedział kim jest, jaki jest, gdzie się szwęda i jakie ma zamiary, znał... znał w sumie tylko jego imię! I nie, żeby to jakoś mu super bardzo przeszkadzało, bo Cis w życiu nie wpadłby na to, że mógłby komuś w jakimś stopniu nie ufać, albo, że ktoś ma wobec niego złe zamiary. Po prostu Barwinek martwił się wszystkim, więc to, że miał podejrzenia do Oriona było jak najbardziej wytłumaczone! - No to... Noooooooooooooooooooooooooo, ja się nie rrrrozdwoje! Na pewno nie będziesz się wykrrrwawiać wtedy, kiedy ktoś inny się będzie wykrrwawiał bo... tak. A jak ty będziesz krrrwawił, to ja będę prrzy tobie, dobrrra? Więc możesz krrwawic tylko wtedy, jak jesteś ze mną. I mnie to nie interresuje - mruknął, czując, jak jego głowa paruje. Jak bardzo by chciał, rozdwoić się nie mógł, nie mógł porzucić klanu dla Oriona, ani Oriona dla klanu, absolutnie nie! - Aha, a Bebech to taki motylek! Spotkałem go ostatnio jeszcze przed tym, jak spadł ten cholerrrny śnieg, a potem PUF, zniknął, rozumiesz? Ale ja wierrrze, że wróci! I mój tata też, a on jest superr mądry, więc pewnie mamy rację!
Dopiero teraz rzeczywiście przyjrzał sie legowisku kocura i... wow. Dużo kwiatów. Za dużo, jak na gust Cisowej Łapy, ale hej, on swoje legowisko ma wypełnione w kamieniach i to tylu, że sam się nie mieści i śpi obok legowiska. W którym są kamienie. Bo one są ważniejsze! Zamrugał parę razy, po czym podszedł do jednego z żółtawych kwiatów i zaciągnął się zapachem. A potem kichnął. Raz, drugi i trzeci, bo intensywność tej woni podrażniła nawet jego nos, który przecież na co dzień żył obok intensywnych ziół i kwiatków. - No, Orrion, ty to masz rozmach. Ale fajnie. Ładnie. Jak tobie się podoba, to superrr, ja bym tu... kamyczka dodał - miauknął, po czym po chwili namysłu pobiegł kawałek dalej, wróciwszy z kamyczkiem w pysku. Położył zwykły, szarawy kamulec w czarne kropeczki obok kwiata-winowajcy. - No, idealnie - wyszczerzył się, spoglądając na kocura.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Byłby skłonny uznać to za żart, gdyby tylko nie dostrzegł szalenie poważnego spojrzenia pomarańczowych oczu. To komplikowało sytuację, szczególnie gdy próbował grać na zwłokę rozbawionym prychnięciem, ale to nie przyniosło wyraźnych zmian w ekspresji liliowej mordki.
– O stary, ty tak na serio? – spytał na ostatnich oparach optymizmu i nadziei, że źle odczytał sytuację i mógł sobie beztrosko pozwolić na żarcik, który wcale by nie sprawił, że Cisowa Łapa momentalnie by uciekł gdzieś za rzeczną granicę.
– No ale co jeśli. – nie zamierzał pozwolić odejść tej kwestii tak łatwo. – Co jeśli, dajmy by na to, jakiś Wichrowy wojownik próbował mnie zamordować akurat dzisiaj rano? No nie mógłbym poczekać z wykrwawianiem aż się pojawisz, szczególnie, że nie miałem gwarancji, że w ogóle się pojawisz, co nie. Widzisz, to poważna sprawa. – i bardzo prawdopodobna, zresztą. Jeśli granie na nerwach przykładowego Wichrowego wojownika nie spadnie niżej w liście ulubionych zajęć Oriona to pewnego dnia skończy z poderżniętym gardłem i tyle.
– Hm, hm, a jak wyglądał ten motylek? – spytał, jakby przez krótki moment rzeczywiście wierzył, że istniała szansa, że go spotkał. Jeszcze nim spadł śnieg. Kiedy to było?
Czas, w którym Cisowa Łapa oglądał z bliska nową odsłonę legowiska, wykorzystał na przylizanie kilku odstających kłaczków. Tylko jedno ucho kierował w stronę kocura, czekając na werdykt ostateczny. Kamyk? Oderwał się z zaskoczeniem od pielęgnacji futerka, by zobaczyć jak do jego pięknej, wielobarwnej kompozycji dołączał szary kamień. No osobiście, gdyby zobaczył takiego jednego szarego łupka to by uznał, że ktoś zapomniał wysprzątać teren przed rozpoczęciem prac. Ale czując na sobie spojrzenie, mógł jedynie pokiwać z powagą głową. I zmienić lekko plan. I wizję. – No, myślę, że prawie idealnie. Przydałoby się chyba jeszcze kilka... takich kamyczków, nie uważasz? – gdyby było ich więcej, równomiernie rozłożonych, albo nawet w jednyn stosie to by zaczęły rzeczywiście przypominać element kompozycji.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- Nie wiem, a lubisz jeść koty? - zapytał, uśmiechając się szeroko w jego stronę. Cisowa Łapa czasami zapominał, ba, bardzo często zapominał, że nie miał już kilku księżycy, nie był kocięciem, które zupełnie nie ogarnia nikogo i niczego, które cały czas odkrywa co jest czym i co do czego służy. I może przejąłby się tym, że jego rozgarnięcie i głupie pytania w nieodpowiednich chwilach mogą być odebrane źle z trzeciej osoby, że kto uzna, że ktoś taki nie może pełnić jakiekolwiek stanowiska w klanie, zwłaszcza tak poważnego, gdyby tylko dorósł do tego, by przejmować się takimi rzeczami. - A ty jesteś taki chętny do tego, żeby się bić z wichrrowymi wojownikami?? To ja rrradzę przestać, bo ten, mogę ci zrrrobić wykład, że przemoc to żadne rrrozwiązanie. Ja taki prrrzeżyłem, więc ty też prrrzeżyłeś - miauknął, patrząc na niego znacząco. Nie wiedział dlaczego niby ktoś miałby chcieć zaatakować Oriona, ba, nie wiedział dlaczego ten też miał rwać się do walki, no ale nie zamierzał się nad tym zastanawiać. On by tam Oriona nigdy nie uderzył, nawet jakby jego matka została obrażona! A to dlatego, że przemoc to nie rozwiązanie. Dziękuję, Barwna Wodo, za tę lekcję. - No... był taki... ten, ładny. Miał skrrrzydła. Dwa. I tak śmiesznie nimi porrrruszał, kojarrzysz? - dopiero teraz Junior uświadomił sobie, że wcale Bebecha nie pamiętał. Wiedział jak miał na imię, wiedział, że był motylkiem i miał dwa skrzydła. Nic więcej! Jak więc zamierzał go znaleźć? Cóż, Cis był wręcz PRZEKONANY, że jak tylko go zobaczy to będzie wiedzieć, że to właśnie on. A przecież go zobaczy, bo Bebech wróci. Musi wrócić, przecież mu to obiecał, co nie?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Przechylił łeb to w lewo, to w prawo, zastanawiając nad odpowiedzią, a następnie przyjrzał się krytycznie Cisowej Łapie.
– No wiesz, tymi kośćmi to bym się nie najadł. – stwierdził ostatecznie. Może jakis wiejski burek by się ucieszył z takiego posiłku, ale między Orionem, a wiejskimi burkami znajdowały się całe galaktyki różnic.
– Przepraszam bardzo, ja tu jestem niewinny. To on ma ewidentnie jakiś problem ze mną i chce się bić. Więc ja nie potrzebuję żadnych wykładów, bo ja to jak najbardziej rozumiem, ale. ALE. Nie można wykluczyć opcji, że on nawet w tym momencie planuje sobie jak mnie unicestwić. – rzucił na swoją obronę. Znaczy wiadomo. Gdyby przestał chodzić na Wichrowe granice i zaczepiać nieodpowiednich typów patykiem to by nie było zagrożenia, ale nie zamierzał rezygnować z tej przyjemności.
– Może tak... może nie. Z tak szczegółowym opisem równie dobrze mogłem spotkać jego brata czy ciotkę. – zauważył i... wcale mu się to nie podobało. Znaczy to nie tak, by rzeczywiście wierzył, że mógł pomóc w odnalezieniu motylka, ale wolałby chociaż tę iluzję wykonalności misji, którą mógł zapewnić szczegółowy opis.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- Aha. No to widzisz, powiem Barrwnej Wodzie, że wcale nie chcesz mnie zjeść, bo nawet nie lubisz. Ale nie obiecuję, że nie będzie się marrrtwić. On się zawszeeeee marrrtwi! - powiedział ucieszony, że jednak nie musiał czuć się zagrożony w obecności Oriona. To znaczy i tak się nie czuł, bo nie wyglądał jak krwiożercza bestia, nie było co się cykać! Ale pewnie dla jego mistrza takie zapewnienie było ważne. Choć i tak nic nie zmienił. Nie czaił bazy, czemu ten się tak martwił tym, że Cis czasem sobie wyjdzie i pogada z swoim superanckim przyjacielem, no ale Barwinek już taki po prostu był. Trzeba się przyzwyczaić. - Ciebie, Orrrion, to nawet na chwilę samego zostawić nie można. Bo beze mnie to same kłopoty znajdujesz! - pokręcił głową, tak, jak zawsze to robiła jego mama. Nawet głos, jakim mówił, nieco upodobnił do tego matczynego, kiedy karci swoje kocięta za głupotę. No bo jak to, się w jakieś konflikty wplątywać! Jakby oriental nie potrafił po prostu siedzieć na dupie i nie rwać się do bijatyk, ale nie, jak zawsze swoje. Czasem go irytowało to, że Orion zawsze musiał mieć rację i postawiać na swoje. Ale potem o tym zapominał. I już nie był zirytowany!
Nieco spanikował, kiedy doszedł do wniosku, że naprawdę nie zna szczegółów wyglądu Bebecha. Jak mógł zapomnieć! To przecież jego przyjaciel, a on tak po prostu go zapomniał??? TAK O? Było mu głupio i nagle poczuł się bardzobardzobardzo źle z tym faktem. - Nienienienie, nieważne. Zapomnijmy o Bebechu. Twoje towarrrzystwo i tak jest lepsze od niego - wyznał, uznając, że najwyraźniej Orion był bardziej warty uwagi. Jego wygląd pamiętał. Każdy najmniejszy szczególik mógł powiedzieć o samotniku, a o Bebechu? Nic! Więc towarzystwo kocura było dużo lepsze. Czas zapomnieć o Bebechu, bo jakby się, nie daj Gwiazdy, spotkali, i okazałoby się, że Cis go nie pamięta, to by się chyba spalił z wstydu! - Dobrrrra, bo ja tu tak trrrrochę prrrzyszedłem w tajemnicy, jak się dowiedzą, że mnie nie było tak długo, to na pewno się już nie zobaczymy. A musimy, zdecydowanie! To ten, złapiemy się gdzieś, nie??? Obiecujesz, że się złapiemy??? - spytał, dla pewności, i niezależnie od odpowiedzi kocura, w końcu zawrócił i poszedł do siebie. Nie chciał, naprawdę, bo lubił sobie rozmawiać z pointem, ale mus to mus, obiecał w końcu Barwinkowi, że nie będzie go tylko króciutką chwilę.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– A jednak cały czas mnie samego zostawiasz. – westchnął dramatycznie. Przesadnie dramatycznie, rzecz jasna, bo przecież chciał by zabrzmiało to jak zwykły żart. A nie jakby rzeczywiście miał lekki żal (szczególnie, że taka była prawda) do liliowego orientala o rzadkość ich spotkań, mimo początkowych obietnic.
Uśmiechnął się do siebie, słysząc, że jego towarzystwo jest lepsze od towarzystwa motylka. Znaczy się – to było oczywiste. Ale czasem nawet przez takie najprostsze, najbardziej banalne stwierdzenia robiło się cieplej na sercu i cynamonowi wcale nie było z tego powodu jakoś głupio. A przynajmniej nie przed samym sobą, bo wiadomo, że to co innego niż przyznawanie się innym.
– Ach, jasne. – odparł krótko, kryjąc zawód. No tak, mógł się domyślać, że chwila i Cisa już nie będzie. No cóż, chyba rzeczywiście pozostawało mu tylko iść i szukać kłopotów na Wichrowej granicy, skoro został bez nadzoru.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion wracał truchtem przez Kłujący Gąszcz, dzierżąc w pysku bukiet polnych kwiatów. Trzeba było przyznać, że jego legowisko nie cierpiało na niedobór zielska – bażancie gniazdo było upstrzone tyloma kwiatami, że niektórych by mogła rozboleć głowa od mnogości barw i zapachów, jednak orientalowi w żadnym stopniu to nie przeszkadzało. Gdzieś pomiędzy suszkami trzymał również kamień od Cisa, a zarośla rozrosły się przez wiosnę na tyle by nie doskwierało mu słońce (a poniekąd chroniły i przed deszczem).
Cynamon szedł od strony ulicy, trzymając się w pobliżu granicy z klanem Rzeki, kątem oka wypatrując tam jakiś znajomych futerek.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxWyczuła zapach. Podobny? A może nawet taki sam. Wyczuła jednak. Poczuła się jak najlepszy pies myśliwski, które nie raz specjalnie denerwowała. Nie wiedziała co zrobić z tą informacją, po prostu wmurowało ją w ziemie, wszystkie myśli zepchnięte zostały na tył głowy, pazury wbiła w ziemie, by nie zrobić tego w niego. xxxxNie zamierzała jednak jeszcze dać się ponieść emocjom, unormowała oddech i zaczęła stawiać cicho łapy, starając się podkraść jak najbliżej zapachu. Nie była pewna, czy zastanie truchło, a może tylko jakiś niedawny zapach, a mimo to już dawno gdzieś zniknął. Chciała go zobaczyć, jego głupią mordę i przydługie uszy. xxxxNo i stało się, zobaczyła co chciała. Zobaczyła Oriona w pełnej okazałości, idącego w pysku z pęczkiem kwiatów – pasowało to do niego, wydawało jej się nawet, że nic się nie zmienił. Nie wiedziała jak podejść do tej sytuacji, ale w końcu nie powstrzymała się i wystartowała w jego kierunku. Rzuciła się prosto przednimi łapami w bok kocura, chcąc zasadzić mu najmocniejszy i najboleśniejszy „kop” jakiego mógł doświadczyć.
Rolling 1d10+3: 5 +3 = 8
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Tymczasem Orion zmienił się pod każdym możliwym względem od kiedy odszedł z osiedla i sam najchętniej nigdy by się nie przyznawał już do tamtych czasów. Jasne, początki były sympatyczne, słuchanie wieczorami od mamy opowieści o odległych krainach, stawianie pierwszych kroków w świecie. Ale kolejne księżyce? Chciałby móc spuścić na nie zasłonę milczenia. Nie przyznawać się do tamtej wersji siebie. Pogrzebać głęboko wszystkie wspomnienia związane z tamtyn okresem.
Bo niezwykle mu się podobała postać jaką sobie wykreował od przybycia w te okolice. Pasowało mu obecne życie, a nawet jeśli nie miał nic na sumieniu przez poprzedni etap swojej egzystencji, tak zawsze źle było być ściganym przez demony przeszłości. Nie wydawało mu się by zrobił coś złego, nie miał sobie nic do zarzucenia, jednak to wcale nie znaczyło, że wszyscy będą tego samego zdania. Z doświadczenia wiedział, że zwykle jednak inni nie zgadzali się z nim na tej płaszczyźnie.
I właśnie taki jeden z demonów przeszłości dopadł go dzisiaj – chociaż sam oriental wziął go za przypadkowego napastnika. Usłyszał jedynie szelest traw, a następnie zobaczył czarną smugę lecącą w jego stronę. Nim zdążył uskoczyć, ciemne łapy przywaliły w jego bok, przewracając go na grunt. Wypuścił z pyska trzymane kwiaty, zderzając się z ziemią, jednak zamiast dramatycznie paść i tyle, wkrótce po obróceniu się na grzbiet, kopnął tylnymi łapami, celując w miękki brzuch przeciwnika. Chciał go od siebie odepchnąć i znów stanąć na nogach.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxCzy nazwałaby się demonem przeszłości? Możliwe, że tak. Ścigała w końcu Oriona tak długo, aż go znalazła. Tak długo, aż zapłaci za swoje grzechy, a raczej największy grzech jakim było zostawienie jej na pastwę ulicy. Bez pożegnania. Bez słowa. Bez jakiejś wskazówki gdzie go szukać. Zostawiona. Jej się nie zostawia. xxxxNie wiedziała, czy poczuła satysfakcję, szczęście, czy może jeszcze większą furię, gdy jej łapy pchnęły z impetem cynamonowego na ziemię. Padł jak długi, a ona nadal czuła jak poduszki palą ją po zetknięciu z miękkim futrem kocura. Wściekłość płynęła w jej żyłach, która rozpraszała ją we wszystkim co się działo, dało to Orionowi łatwy dostęp na oddanie zadanego ciosu. Prosto w brzuch. Zagryzła szczękę, nie wydając z siebie nawet jednego dźwięku, zresztą samo uderzenie nie było jakoś niesamowicie mocne, by musiała kulić się z bólu. Jedynie lekko odepchnięto ją od przeciwnika. Nie chciała pozwolić Orionowi wstać, dlatego też zamachnęła się łapą, by dostał prosto w ten swój przygłupi pysk.
Rolling 1d10+3: 6 +3 = 9
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Niezbyt go interesowało w obecnej sytuacji, czy przeciwnik zapamięta cios na całe życie, czy jedynie kolejne pięć sekund. Najważniejsze dla niego było by ruch spełnił swoje zadanie – i właśnie to zrobił. Odepchnął czarne cielsko, umożliwiając sobie podniesienie, chociaż nim stanął w pełni na czterech łapach, kotka znów leciała w jego stronę.
Jaki. Był. Jej. Problem??
Widział szeroki wymach kończyną, a oczami wyobraźni widział także jej spodziewany tor lotu (jak w anime jakimś), więc po niewielkich kalkulacjach uchylił pysk, by łapa rozminęła się ze swoim celem.
Ale nigdy nie był wybitny z matmy.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxSpodziewała się, że dobra passa będzie z nią już do końca tej walki, a jednak właśnie minęła się z pyskiem Oriona o dość sporo. Cynamonowy zrobił lepszy unik, niż by go o to podejrzewała. Stał się bardziej doświadczony, może był już nawet i lepszy od niej w tego typu sparingach, nie mogła tego nie brać po uwagę. A mimo to wzięła. Zaślepiona faktem, że zobaczyła te same przydługie uszy. xxxxNie mogła dłużej czekać na myślenie gdzie powinna uderzyć, musiała rozproszyć przeciwnika, zadać mu tyle ciosów ile tylko zdoła. Jeśli przestanie bić to da możliwość na zaatakowanie jej samej, a wystarczył jej już kopniak w środek brzucha. Zamachnęła się więc jedną z przednich łap prosto w grzbiet kocura chcąc dzięki temu, by ból rozprowadził się równomiernie. Za każdym razem jakby się gwałtowniej ruszał, przypominałby sobie o niej.
Rolling 1d10+3: 4 +3 = 7
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Okazało się, że do kalkulacji w czasie walk nie był potrzebny łeb do matmy i kocurowi udało się bez trudu wyminąć rozpędzoną łapę. Tylko powietrze świsnęło mu przed nosem. Zaraz podniósł się na cztery łapy i stanął stabilniej, jednak nim zdążył zwiększyć dystans między sobą, a przeciwniczką, ta doskoczyła do niego, celując chudą łapą prosto w jasny grzbiet. Jeśli miałby szacować straty, powiedziałby, że najbardziej ucierpiała jego godność, bo bardzo nie lubił jak brudne łapska zostawiały ślady na idealnie ułożonej szacie – tyle dobrego, że przy przedłużającej się suszy znikał problem błota. Sam ból fizyczny, w skali od jednego do dziesięciu, trafiał centralnie na środek przedziału. Może gdyby przeciwniczka należała do tych postawnych niczym szafa trzydrzwiowa osobników, efekt byłby wyraźniejszy, jednak nad obitymi kręgami raczej nie wykwitnie ekspresowo siniak.
Sam oriental nie zamierzał się bawić w klepanie po pleckach, barkach czy czołach (chociaż ostatnie podlegało dyskusji). Zamachnął się łapą na chudą szyję, chcąc czarnej na moment utrudnić oddychanie. Pazury miał schowane, nie chciał jej przecież zabić. Tak samo jak nie chciał przybrudzić swojego futerka krwią.