Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- A co zrobisz? Co byś zrobił? Miałam ci zniszczyć w ten sposób życie? Jesteś młody. - powiedziała, pociągając nosem. Prawdą było, że po prostu jej się znudził, ale mogła teraz obrócić wszystko na swoją korzyść. Nie zostawiła go dlatego, że już go nie chciała. Zaszła w ciążę i chcąc go uchronić przed straceniem młodości, przez zniszczeniem sobie życia, zdecydowała się uciec i poradzić sobie z tym wszystkim sama. Jak wielkodusznie z jej strony!
- Urodziłam się w lesie. Mam tam rodzinę. Wychowałam się tam. Umiem polować, walczyć. Dam radę o siebie zadbać, a w razie potrzeby... mogę liczyć na brata. - dodała. Miała alternatywę, miała dokąd odejść, gdyby tylko chciała, więc on... młodzieniec ze świetlaną przyszłością nie musiał się o nią martwić. Ale gdyby chciał, to było to mile widziane. - Nie wiem co zamierzałam. Może tam wrócić, może nie, nie wiem. Na pewno nie zamierzałam rujnować twojej młodości. - jesteś taka wspaniała!!!
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
— Szkoda, że nie byłaś taka wspaniałomyślna zanim... — wypalam, zanim w ogóle zdążę pomyśleć i poukładać własne emocje. Nie potrafię uwierzyć w to, co mówi; nie umiem przekonać się do myśli, że jednak jest dobrą kocicą, nie po tym, jak mnie skrzywdziła. Nienawidzę jej za to, jak prostymi słowami zmienia cały mój stan. Przymykam oczy, by opanować szalejące myśli, kręcę łbem. Wzdycham i patrzę na nią, analizując to, co właśnie powiedziała. — Kim jest twój brat? Jesteś z klanów? — pytam podejrzliwie, bo nigdy o tym nie mówiła. Kiedy jednak na nowo wspomina o rujnowaniu mojej młodości, macham ogonem z irytacją. — Nie jestem dzieckiem, Różo — przypominam jej, bo, kto jak kto, akurat ona powinna o tym najlepiej wiedzieć. — Pomógłbym ci — dodaję już nieco łagodniej, ale nie wiem czy szczerze. Nie wiem już właściwie nic.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
Spojrzała na niego tak, jakby chciała go zabić wzrokiem. Wiedziała co chciał powiedzieć, domyślała się i miał szczęście że nie skończył, bo dostałby po mordzie od niej i od każdego z ósemki kociąt.
Uniosła lekko brwi w zdziwieniiu.
- Znasz klany? Skąd? - zapytała, nie odpowiadając na zadane jej pytania i w sumie nie zamierzała dopóki nie usłyszy odpowiedzi na własne. Jeśli pochodził z wichru to się chyba porzyga i utopi w najbliższej rzece. Zachciałoby mu się jeszcze bawić w dom. FU.
- Gdybyś był, to nie byłoby tego. - syknęła, patrząc na swój gigantyczny brzuch. - Jak? Potrafisz polować żeby zdobywać pożywienie? Walczyć, żeby nas ochronić? Nie nadaje się bycia matką, wiem bo swojej rodzinie jak dzieci niszczą życie. Mój brat zapewni im odpowiednią opiekę, wychowanie. Zajmie się nimi ktoś, kto podoła. - powiedziała. Mógłby jej pomóc tylko w jeden sposób - zabierając od niej te małe pasożyty, a tego zaproponować nie mogła, bo nawet nie wiedziała jak będą wyglądać. Znaczy, zawsze można wcisnąć jakiś kit, ale musiałaby się nad tym poważnie zastanowić, a czasu miała stosunkowo niewiele.
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Wzdycham ciężko pod naporem morderczego spojrzenia Róży. Mam ochotę zrobić to kolejny raz, kiedy nie odpowiada na zadane przeze mnie pytanie, jednak nie dopominam się. Zamiast tego wzruszam barkami.
— Sporo się o nich słyszy, wiesz? Im bliżej ich terenów, tym więcej — odpowiadam zatem płaskim tonem, bo nie mogę powiedzieć, że jestem spokojny. Końcówka mojego ogona podryguje u boku mojego ciała, nagle uderzając o podłoże, gdy kotka wskazuje na swój brzuch. Moje gardło zaciska się coraz bardziej z każdym jej słowem. Garbię się lekko, nim powoli kiwam głową. — Potrafię — mówię. I nie jest to kłamstwo, ale też nie całkowita prawda; nie jestem mistrzem walki, nie ze swoją kulawą łapą. Potrafię upolować samemu sobie pożywienie, ale żeby wykarmić jeszcze kotkę i jej kocięta... Cóż, może bym dał radę. A może nie. Dlatego kiwam głową. — Jednak tam zapewne będą bezpieczniejsze. Który to klan? — mówię wreszcie zmęczonym tonem. Z tym nie mogę się kłócić; nawet nie wiem, czy chcę. — Chcesz dla nich takiego życia? — pytam po chwili ciszy, ledwo słyszalnie, spoglądając na jej pyszczek. Cóż, głupie pytanie; dla niej zapewne było lepsze to, niż zajmowanie się młodymi. Chrząkam. — Chciałbym je poznać. Kiedyś, jak trochę podrosną, skoro tylko tyle mogę zrobić — mruczę powoli, niezbyt pewien swoich słów.
Mimo wszystko chyba nie potrafię wyrzec się odpowiedzialności.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Księżyce: 150 Mistrz: Barwna Ścieżka Płeć: kotka Matka: wydziedziczona Ojciec: legenda Partner: dobra zabawa
Przeciętnej postury kotka o długim, białym futrze z rudą plamą pyszczku i karku, burą plamką na pyszczku oraz rudo-burym ogonem. oczęta mają barwę oliwkową. Szyję zdobi brokatowa, widoczna z kilometra różowa obróżka.
Szylkretka, choć jest jeszcze kociakiem to zdecydowanie można ją nazwać istotką dość rozumną. Nie zadaje ona masy pytań jak każdy maluch - jeśli już, to robi to tylko wtedy, gdy uznaje to za konieczne, gdy czegoś naprawdę nie rozumie. W gruncie rzeczy, nie interesuje jej bardzo dużo rzeczy. Nie jest jakoś szczególnie ambitna. Wiele rzeczy jej powiewa. Nie marzy jej się bycie najlepszą wojowniczką, tak w sumie to nawet niespecjalnie jej zależy na tym, by kiedykolwiek awansować z rangi kociaka. Zasad przestrzega tak długo, jak tylko jest to dla niej wygodne. Jeśli bardzo zapragnie zrobić coś, co okaże się być zakazane, nawet się nie zawaha. Nie omieszka także kłamać, jeśli okaże się to konieczne - na przykład po to, by uratować swój tyłek, by uniknąć konsekwencji za swoje czyny. Poza tym jest raczej szczera i bezpośrednia, ale nie jest w tym wszystkim chamska i nieprzyjemna. Lubi rozmawiać z innymi kotami, jest raczej towarzyska i nie powinna mieć problemu z nawiązaniem przyjaźni.
- Rozumiem. Wicher. - odpowiedziała, mogąc odetchnąć w duchu. Gdyby byli spokrewnieni, to jeszcze by urodziła jakieś mutanty z dodatkowymi łapami, czy głowami, a tylko tego by jej brakowało. Znaczy, no, istnieje szansa że tak naprawdę to nie jego dzieci i była o wiele większa, ale hm. Płatek zaczynała powoli panikować. Zignorowała też fakt, że Lete potrafi polować i walczyć. To było za mało, żeby ją przekonać. Tak naprawdę to nie wiadomo co musiałby zrobić aby ją przekonać do wychowania z nim kociąt. Czy w ogóle była taka opcja?
- Oczywiście. Podejdź kiedyś na granicę, za jakiś czas, bo nie będą mogły wychodzić dopóki nie skończą sześciu księżyców. Będą zadowolone. Będę im o tobie opowiadać. - łgała. Nie wiedziała czy sama w ogóle w tym klanie zostanie, czy tylko podrzuci bachory i wyparuje. Nie chciała jednak palić tego mostu całkowicie, bo kto wie, może Lete jej się do czegoś jeszcze kiedyś przyda. A może kiedyś nadejdzie szybciej niż mogłaby się tego spodziewać.
Podeszła do niego i przytuliła się, wycierając resztkę łez. Miała jakieś alternatywy. Jak nie klan, to zawsze mogła wepchnąć kociaki jemu i po prostu zniknąć. Jakoś sobie poradzi, wróci do formy po porodzie.
- Czy bardzo źle wyglądam? Taka... okrągła? - zapytała półszeptem. Nie byłaby sobą, gdyby nie poruszyła tego tematu. To właśnie o to jej najbardziej chodziło cały ten czas.
Księżyce: 95 Mistrz: Burzowe Echo Płeć: kocur Matka: Zwiędła Łodyga Ojciec: Orli Szpon Trwałe urazy: user // półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym
[Wysoki, obecnie chudy i nie posiadający wyraźnych mięśni, lynx point z białymi skarpetkami na łapkach, niebieskie ślepia, różowy nosek, ładny pyszczek, "pieprzyk" na prawym pasiaku, półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym]
[towarzyski, pewny siebie, emanuję aurę nieobecności, lekkoduch, żyje w swoim świcie, skłonności do złośliwości, chętny do zabawy i przysparzania kłopotów, nietypowy, chwilami intensywny]
I co ja robię tu, uu-uu.
Jak wszystko inne w życiu, nowa ranga nie niosła ze sobą jedynie żmudnych obowiązków. Dawała młodemu kocurowi również przywileje, staż, doświadczanie jak i wolność... Którą musiał się zadławić, praktycznie niecały księżyc od ceremonii. Świeżo mianowany terminator, który mimo wszystko nadal miał tylko pszczoły w łbie, wyszedł sobie tylko na krótki spacerek wokół Szumiącego Lasu. Miał tylko rozprostować łapy, może zebrać trochę mchu i wrócić do Obozu, jednak najwyraźniej coś poszło nie tak, skoro wylądował praktycznie pół dnia od terenów Klanu Cienia gdzieś w okolicach Stadniny. Krótki obchód zmienił się w prawdziwą misję eksploracyjną, kiedy to wrząca w nim ciekawość sprawiła, że zawędrował w świat bez najmniejszego zmartwienia, że w najlepszym wypadku dostanie opieprz a w najgorszym może go coś zjeść.
Dreptał tak przed siebie, rzeczka płynąca z terenów Klanu Rzeki była jego jedyną przyjaciółką w tej wyprawie. Jednak, po wygranym wyścigu z patykiem, który bez celu uniósł sie tak na płytkich falach, Kłujący zadecydował, że pora pożegnać się z stałym szumem wody. Nieświadomy tego, postanowił więc skręcić w stronę Siedliska Koni. Kiedy tylko przebił się przez wysokie paprocie, które blokowały mu widoczność, zatrzymał się tak nagle, że tylko dzięki jakiejś Gwiezdnej łasce nie stracił równowagi. Przed nim, dobre kilka długości lisa, stało to coś. Prawdziwa bestia, wyższa niż najwyższy kot w klanie o chyba pięć razy i grubsza niż niejedno młode drzewo. Jej futro było brązowe w śmiesznie rozstawione plamy, choć co przykuło uwagę syna Orlego Szpona to jej nogi, a raczej co znajdywało sie na ich końcu. Na miejsce miękkich poduszek i pazurów, potwór miał przyczepione kamienie. Kłujący nawet nie zorientował się, kiedy jego sierść się zjeżyła ani tym bardziej, kiedy zbliżył się do stworzenia rodem z opowieści Zmarzniętego Nosa, kiedy ten chciał go nastraszyć. Zatrzymał się przed ogrodzeniem, kiedy bestia znana potocznie jako koń, akurat schyliła się by się napić.
Trujący Liść jest kocurem o iście szczurzej urodzie. Długie i szerokie u nasady uszy, długi ogon, a także klinowaty, wręcz iście orientalny pysk to zaledwie część tego, czym wojownik może się pochwalić. Oczy kocura są intensywnie bursztynowe. Nie należy do najbardziej umięśnionych kotów, jest dość szczupły, zdawać by się mogło, że wręcz wychudzony. Mogłoby się zdawać, że natura go pokarała, ale nie, jego braki w tężyźnie fizycznej wynagrodziła w postaci nieprzeciętnego wzrostu. Czekoladowe futro kocura jest gładkie, jedynie na końcówce ogona dopatrzyć się można paru wystających kosmyków. Posiada blizny na szyi zdobyte w starciu z borsukiem.
Charakter kocura jest twardym orzechem do zgryzienia. Czasem wydaje się impulsywny i pochmurny, jakby w poduszeczkę łapy wbił mu się jakiś ostry cierń. Czasem jest jednak wręcz przeciwnie i wojownik zachowuje się uprzejmie, potrafi nawet rzucić jakimś żartem. Przeważnie jednak woli przebywać w samotności, choć nie oznacza to, że stroni od towarzystwa na wszelkie możliwe sposoby. Na pierwszy rzut oka może wydawać się marudny i leniwy, ale jak się go bliżej pozna, to jak to ktoś zauważył to potrafi być miękki niczym zwilżony meszek. Bardzo lubi droczyć się ze swoją siostrą Fiołek. Do kotów starszych i wyższych od niego rangą stara się zwracać z szacunkiem.
Miał wszystkiego czego dusza zapragnie. Dach nad głową, miękkie legowisko i pełne miski jedzenia. Co prawda kocia karma była niczym w porównaniu do świeżej zdobyczy, którą jadał jeszcze za czasów pobytu w lesie. Udało mu się jednak jakoś przekonać swoich dwunożnych do podawaniu mu surowego mięsa. Nie miał więc na co narzekać. Lubił jednak cieszyć się wolnością, i gdy tylko miał okazję wyruszał przed siebie. Najczęściej w okolice czterech klanów. Choć łapy nie te, miały w sobie jeszcze trochę pary.
Tego dnia wybrał się do Siedliska Koni. Zdarzało mu się łapać tutaj myszy, gdy jeszcze wiódł życie samotnika. Chciał to zrobić również i tego dnia. Przeważnie nie polował w lasach, z doświadczenia wiedział ile trudu kosztuje to leśne koty i samotników, nie zamierzał kraść zwierzyny, samemu mając jedzenia pod dostatkiem, ale tutaj w stodole piszczek było pod dostatkiem dla każdego. Przedzierał się właśnie przez zarośla, gdy dostrzegł jasnego kocura. Sądząc po sierści raczej przerażonego. Przeniósł spojrzenie na bok, a jego oczom ukazał się jeden z koni. Ah tak. - Nie podchodź bliżej. Połykają w całości. -Rzucił w stronę terminatora zbliżając się do niego. Zatrzymał się na parę bezpiecznych kroków przed nim. Kocur wyglądał młodo, a jeśli jego stary nią go nie zwodził, czuć było od niego Cieniem. Zapewne był zwyczajnym ciekawskim terminatorem bądź młodym wojwonikiem, który nigdy w życiu nie widział konia na żywo.
WHENyouthinkthatitcannotb e w o r s eanymore,startb a n g i n gTHE boardwithy o u rLEGYouwillsee H O Wrelievedyouf e e lwhenyou S T O P
Księżyce: 95 Mistrz: Burzowe Echo Płeć: kocur Matka: Zwiędła Łodyga Ojciec: Orli Szpon Trwałe urazy: user // półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym
[Wysoki, obecnie chudy i nie posiadający wyraźnych mięśni, lynx point z białymi skarpetkami na łapkach, niebieskie ślepia, różowy nosek, ładny pyszczek, "pieprzyk" na prawym pasiaku, półokrągła blizna nad lewym łukiem brwiowym]
[towarzyski, pewny siebie, emanuję aurę nieobecności, lekkoduch, żyje w swoim świcie, skłonności do złośliwości, chętny do zabawy i przysparzania kłopotów, nietypowy, chwilami intensywny]
Lustrował uważnie ruchy bestii, rejestrując to w jaki sposób ta napręża i rozluźnia swoje mięśnie, które tak swoją drogą były chyba trzykrotnie większe od niego. Był przerażony, jak mógłby nie być? Pierwszy raz w życiu widział bestie, która mogła go zdeptać jak jakiegoś robaczka na własne ślepia. Jednak nie obrócił się ostro na pięcie i nie uciec z podkulonym ogonem do domu, w próbie stworzeniu jak największej odległości między nim a tym czymś. Kłujący postanowił zbliżyć się do konia. Nawet w obliczu tak silnych emocji jaką był strach, ciekawość i tak musiała zwyciężyć. - He!? - Uciekło mu z pyszczka, kiedy odwrócił pyszczek ku nieznajomemu. Nie usłyszał jak oriental przedarł się przez roślinki i zbliżył do niego, pochłonięty obserwowaniem konia. Opuścił gardę i dał się przez to podejść; początkujący błąd godny prawdziwego żółtodzioba, ojciec zdecydowanie nie byłby z niego teraz dumny... Choć, nie był pewny czy Orli Szpon był kiedykolwiek zdolny do takich skomplikowanych emocji, szczególnie względem Drzazgi. - Serio? - Wydusił z siebie, pomalutku próbując znaleźć stały grunt pod łapami. Obecność czekoladowego i jego słowa użył jako bezpieczny punkt zaczepienia. - A czy... - wydusił, jednak słysząc, że jego głosik brzmiał krucho i ciszej niż się spodziewał, przerwał wypowiedź i oblizał swój różowy nos. Widocznie pomogło mu to w okiełznaniu wzbudzonych emocji, ponieważ na jego pyszczku pojawił się cień zaczepnego uśmiechu. - A czy gustują w koty? - Zapytał a jego błękitne ślepia zalśniły. Strach nie był wstanie powstrzymać jego chęci poznania tego świata.
Trujący Liść jest kocurem o iście szczurzej urodzie. Długie i szerokie u nasady uszy, długi ogon, a także klinowaty, wręcz iście orientalny pysk to zaledwie część tego, czym wojownik może się pochwalić. Oczy kocura są intensywnie bursztynowe. Nie należy do najbardziej umięśnionych kotów, jest dość szczupły, zdawać by się mogło, że wręcz wychudzony. Mogłoby się zdawać, że natura go pokarała, ale nie, jego braki w tężyźnie fizycznej wynagrodziła w postaci nieprzeciętnego wzrostu. Czekoladowe futro kocura jest gładkie, jedynie na końcówce ogona dopatrzyć się można paru wystających kosmyków. Posiada blizny na szyi zdobyte w starciu z borsukiem.
Charakter kocura jest twardym orzechem do zgryzienia. Czasem wydaje się impulsywny i pochmurny, jakby w poduszeczkę łapy wbił mu się jakiś ostry cierń. Czasem jest jednak wręcz przeciwnie i wojownik zachowuje się uprzejmie, potrafi nawet rzucić jakimś żartem. Przeważnie jednak woli przebywać w samotności, choć nie oznacza to, że stroni od towarzystwa na wszelkie możliwe sposoby. Na pierwszy rzut oka może wydawać się marudny i leniwy, ale jak się go bliżej pozna, to jak to ktoś zauważył to potrafi być miękki niczym zwilżony meszek. Bardzo lubi droczyć się ze swoją siostrą Fiołek. Do kotów starszych i wyższych od niego rangą stara się zwracać z szacunkiem.
Młody miał szczęście, że nie natrafił na kogoś lubującego się w konfliktach, bo sądząc po jego reakcji nie byłby gotowy na uniknięcie potencjalnego ataku. Rozluźnił mięśnie, opuszczając nieco pysk, żeby pokazać kocurowi, że nie zamierza robić mu problemów. - Serio. -Odparł poważnie, czujnie przy tym zerkając na stojącego nieopodal konia, jakby upewniając się, że ten ich nie podsłuchuje. Zwalczył w sobie chęć uniesienia brwi i udzielenia sarkastycznej odpowiedzi. Kocur nie wydawał się zbyt inteligenty, albo to on miał tak wielki dar przekonywania.- Oh, a myślisz że po co ten płot? Oddziela konie od lasu, żeby przypadkiem nie zaszkodziły kociej populacji. Ale niestety często zapuszczają się tutaj takie koty jak ty, które tchniętę kocięcą ciekawością podchodzą bliżej i bliżej, aż koniec końców znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, a ich rodziny i przyjaciele księżycami opłakują ich zniknięcie. -Westchnął że smutkiem, po czym przeniósł spojrzenie na oglądanego przez kocura łaciatego osobnika. Szczęście chciało, że właśnie obrócił ku nich swoją olbrzymią głowę.- Wiesz co, wydaje mi się, że ten tutaj ma na ciebie chrapkę. -Koń akurat przeżuwał coś w paszczy. Czekoladowy kocur był mu ogromnie wdzięczny za tak wierne odegranie swojej roli.
WHENyouthinkthatitcannotb e w o r s eanymore,startb a n g i n gTHE boardwithy o u rLEGYouwillsee H O Wrelievedyouf e e lwhenyou S T O P
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Ostatnio coraz częściej dało się go spotkać bliżej ludzkich budowli. A to jakieś drewniane, niskie domki, płotki, stajnie. Nigdy do tej pory nie miał bliskiego spotkania trzeciego stopnia z żadnym dwunogiem i chwała niech będzie Gwiezdnym. Mimo to, odkąd samotniczo koczuje po terenach, ludzkie kocięta jak i ich dorosłe wersje były bardziej intrygujące niż straszne. Ciepła pogoda zdawała się przywlekać ich więcej do zagrody z pasącymi się końmi, choć szczęśliwie nie zbliżyły się jeszcze na tyle, by Bezimienny był w stanie ich choćby wyczuć. Na razie wystarczy mu obserwacja z daleka.
Tego dnia jednak celem nie byli dwunodzy, konie czy nawet inne koty. Musiał coś jeść. Owszem, jadł przeważnie mało w ostatnim czasie, a także dużo się ruszał, przez co jego sylwetka była daleka od poprawnej, ale mimo to musiał zdobyć w sobie siły by złapać chociaż jedną głupią mysz.
Znalazł się więc w bezpiecznej odległości od dziwnej konstrukcji wodnej, kopytnych stworzeń czy ich właścicieli, i zaczął się skradać, węsząc za jakąkolwiek piszczką.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
W tle brzmiały odgłosy pasących się koni, gdy Bezimienny wybrał się na polowanie. Były też odległe, ledwo wychwytywane rozmowy dwunożnych, jednak całe szczęście żadnych nie było w zasięgu wzroku samotnika. I wyśmienicie, bo w tej okolicy aż roiło się od zwierzyny! Za rynną w stajni znajdowało się gniazdo i los chciał, że właściciel wyleciał z niego akurat, kiedy Szczerbatek rozpoczął swoje łowy. Ptaszek wylądował sobie kawałek przed polującym i rozpoczął poszukiwania jakichś resztek pozostawionych przez konie.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Eureka, jak to mawiają wielcy. A wielkim czuł się właśnie Bezimienny, kiedy to tuż przed nim pojawił się ptak. Dobry początek.
Skradając się, ruszył powolnie w stronę zwierzęcia, co jakiś czas zamierając w bezruchu. A jeśli tylko udało mu się podejść wystarczająco blisko, oderwał się od ziemi i skoczył w kierunku ptaka, chcąc przygnieść go pazurami.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
Cóż... Z tym czuciem się jak wielki chyba Bezimienny troszkę się pospieszył. Jasne udało się podkraść w miarę blisko do ptaszora, ale pech chciał, że ten wyjątkowo szybko odwrócił łeb i... Zobaczył zagrożenie. Nie minęło nawet pół uderzenia serca, a maluch wzleciał w powietrze i po chwili zniknął z pola widzenia samotnika.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
No i proszę, Gwiezdni chyba postanowili dać Szczerbatkowi drugą szansę! Chwilkę połaził i cyk kolejny ptaszor! Teraz trochę większy, czarny, ale z popielatymi piórkami. Był to gawron? Wrona? Kruk? Jeden kij, ważne, że ptaszor zasiadł na trawie i podobnie do swojego poprzednika, skupił się na resztach jedzenia, które mogły porozrzucać konie.