Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Kiwam tylko głową na znak, że rozumiem. Jasne, walka z borsukiem to zupełnie inny kaliber niż płoszenie jaszczurek! Nie wyobrażam sobie atakowania takiego stwora dla zabawy. Chociaż jednocześnie... kurczę, ale z tego historie do opowiadania później powstają!!
Dosłownie czuję jak nad głową wyskakuje mi kreskówkowy wykrzyknik, gdy słyszę potwierdzenie, że rana była spora. Aha!! Wiedziałem, że to nie takie fiku-miku i po zagrożeniu życia!!
– Oo, no to rzeczywiście fartownie się złożyło! – komentuję, ale nim udaje mi się złożyć w głowie kolejne pytanie dotyczące tamtego zdarzenia, moja uwaga zostaje przekierowana na nowy temat. – Eee... nie? Wszystkie zielska wyglądają tak samo, więc nigdy nawet nie próbowałem się o nich uczyć. Ale pewnie fajnie by było się na tym znać, nie?? A ty się znasz może? – pytam ożywiony, bo jakkolwiek wiedza zielarska spływa po mnie jak po kaczce, lubię słuchać o takich rzeczach.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Trujący Liść jest kocurem o iście szczurzej urodzie. Długie i szerokie u nasady uszy, długi ogon, a także klinowaty, wręcz iście orientalny pysk to zaledwie część tego, czym wojownik może się pochwalić. Oczy kocura są intensywnie bursztynowe. Nie należy do najbardziej umięśnionych kotów, jest dość szczupły, zdawać by się mogło, że wręcz wychudzony. Mogłoby się zdawać, że natura go pokarała, ale nie, jego braki w tężyźnie fizycznej wynagrodziła w postaci nieprzeciętnego wzrostu. Czekoladowe futro kocura jest gładkie, jedynie na końcówce ogona dopatrzyć się można paru wystających kosmyków. Posiada blizny na szyi zdobyte w starciu z borsukiem.
Charakter kocura jest twardym orzechem do zgryzienia. Czasem wydaje się impulsywny i pochmurny, jakby w poduszeczkę łapy wbił mu się jakiś ostry cierń. Czasem jest jednak wręcz przeciwnie i wojownik zachowuje się uprzejmie, potrafi nawet rzucić jakimś żartem. Przeważnie jednak woli przebywać w samotności, choć nie oznacza to, że stroni od towarzystwa na wszelkie możliwe sposoby. Na pierwszy rzut oka może wydawać się marudny i leniwy, ale jak się go bliżej pozna, to jak to ktoś zauważył to potrafi być miękki niczym zwilżony meszek. Bardzo lubi droczyć się ze swoją siostrą Fiołek. Do kotów starszych i wyższych od niego rangą stara się zwracać z szacunkiem.
Przyjął do wiadomości, że przekaz był zrozumiały. Dobrze, to znaczy że przez niego nie zginie.
Już miał odpowiedzieć, ale rzuciło mu się na uszy, że domniemana nieznajoma, w rzeczywistości była nieznajomym. Całe szczęście, że nie zwracał się do niego wprost jako do "niej", bo byłby niezły przypał. Ale umaszczenie go zmyliło, a i on stary już był, tak. To dobre wytłumaczenie, zresztą niczym go nie uraził, więc nie powinien się nad tym rozwodzić, prawda? - A, pachniesz ziołami, trochę mnie to zmyliło. - Więc jego trop był mylny.- Sam się na tym nie znam, jedyne czego mogę być pewny to to, że mak działa przeciwbólowo, i na tym kończy się moja wiedza. Nigdy się tym nie interesowałem, ale chyba masz rację. Dobrze byłoby się na tym znać, wtedy takie zadrapania, czy inne bolączki byłyby mniej straszne. Chociaż mogę być pewny, że tej rany sam bym nie załatał, nawet gdybym umiał. - Spojrzał na swoją szramę, chcąc pokazać co ma na myśli.
WHENyouthinkthatitcannotb e w o r s eanymore,startb a n g i n gTHE boardwithy o u rLEGYouwillsee H O Wrelievedyouf e e lwhenyou S T O P
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– A. No bo się tarzam w różnych zielskach co mocno pachną. A zioła chyba zwykle mocno pachną. Ale tak poza tym to nic nie wiem na ich temat. – wzruszam barkami, niezbyt przejęty tym, że to może nie do końca odpowiedzialne z mojej strony. W pamięci wciąż mam pewną sytuację. Gdy nierozważnie rzuciłem się w kępę pokrzyw. To było o tyle nieopłacalne, że przecież nie miały jakiegoś wyjątkowego zapachu nawet!
– Noo... taką ranę to chyba mega ciężko na sobie samym załatac by było, nie?? Nie dość, że boli, krew się leje to jeszcze nawet byś nie był w stanie widzieć co robisz. – zgadzam się chętnie z tymi słowami. – Ale no nieźle z tym makiem. I co w sumie? Cały się zjada razem z łodygą? Bo mak to te czerwone kwiatki, nie? Dobrze kojarzę? – mylą mi się czasem z tymi drugimi, z chabrami. Ale chabry chyba mają owłosione łodygi, przecież to by się strasznie dziwnie jadło? – Ale no właśnie, to na pewno się przydaje. Taka wiedza, znaczy się. Nie dość, że samemu lżej to jeszcze innym można pomóc! – dodaję jeszcze, by się zgodzić i z tą częścią, mimo że rozmówca jest pewnie tego świadomy. Oblizuję pysk, gdy nachodzi mnie nowa myśl. – Ej, a słyszałeś może o klanach?? Bo ich szukam tak trochę z kolegą i on mówił, że zna drogę, ale coś mu przestaje wierzyć, bo idziemy i dziemy i to się nie kończy.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Trujący Liść jest kocurem o iście szczurzej urodzie. Długie i szerokie u nasady uszy, długi ogon, a także klinowaty, wręcz iście orientalny pysk to zaledwie część tego, czym wojownik może się pochwalić. Oczy kocura są intensywnie bursztynowe. Nie należy do najbardziej umięśnionych kotów, jest dość szczupły, zdawać by się mogło, że wręcz wychudzony. Mogłoby się zdawać, że natura go pokarała, ale nie, jego braki w tężyźnie fizycznej wynagrodziła w postaci nieprzeciętnego wzrostu. Czekoladowe futro kocura jest gładkie, jedynie na końcówce ogona dopatrzyć się można paru wystających kosmyków. Posiada blizny na szyi zdobyte w starciu z borsukiem.
Charakter kocura jest twardym orzechem do zgryzienia. Czasem wydaje się impulsywny i pochmurny, jakby w poduszeczkę łapy wbił mu się jakiś ostry cierń. Czasem jest jednak wręcz przeciwnie i wojownik zachowuje się uprzejmie, potrafi nawet rzucić jakimś żartem. Przeważnie jednak woli przebywać w samotności, choć nie oznacza to, że stroni od towarzystwa na wszelkie możliwe sposoby. Na pierwszy rzut oka może wydawać się marudny i leniwy, ale jak się go bliżej pozna, to jak to ktoś zauważył to potrafi być miękki niczym zwilżony meszek. Bardzo lubi droczyć się ze swoją siostrą Fiołek. Do kotów starszych i wyższych od niego rangą stara się zwracać z szacunkiem.
-To wiele wyjaśnia. -Mruknął krótko, bo co tu więcej dodać. Nawet nie pomyślał o tym, że mogłoby to być coś nierozważnego. Zwyczajnie wyszedł z założenia, że skoro się w nich tarza, to chyba wie co robi. Chociaż mówił, że nie zna się na ziołach. Pewnie tak się trafiło, że póki co na te trujące się nie nadział, skoro przed nim teraz stał. - Ba, widzieć! Podejrzewam, że stać by się nawet z tym nie dało, a co dopiero myśleć o tym, że trzeba to załatać. Użyć odpowiednich ziół, wziąć pajęczynę czy inne liście. W skrócie pies pogrzebany! -Jak dobrze, że nie musiał sam zajmować się tą szramą.- Ta, te czerwone. Ale to się chyba tylko kilka ziarenek zjadało, bez płatków i łodygi. O ile dobrze pamiętam. Nie wiem dlaczego, chociaż możliwe, że większa dawka mogłaby zaszkodzić. -Może powinien zapytać Księżycowy Pył o parę lekcji, gdy był zmuszony leżeć w lecznicy. Może przynajmniej ta wiedza przydałaby mu się szczególnie teraz, gdy żył jako samotnik, a wokół było pełno ziół. A przynajmniej podejrzewał, że było.
Zastrzygł uchem, gdy młodzik wspomniał o klanach. Przyjrzał mu się uważnie, nie wiedząc czy powinien przyznać się do wiedzy o klanach.- A gdybym powiedział, że słyszałem? Tak właściwie to po co ich szukacie? - Zapytał wpierw. Wolał się dowiedzieć zanim cokolwiek odpowie, głównie z ciekawości. Szczerze wątpił, żeby dwójka (a przynajmniej tak powiedział młodzik) samotników zaszkodziła Klanom.
WHENyouthinkthatitcannotb e w o r s eanymore,startb a n g i n gTHE boardwithy o u rLEGYouwillsee H O Wrelievedyouf e e lwhenyou S T O P
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Pajęczynę? – pytam zbity z tropu. Nijak mi dzieła pajączków nie pasują do obrazu leczenia, bo przecież cienkie to i łatwo się rozrywa i do wszystkiego klei. Więc co to ma do rzeczy??
Kiwam tylko łbem przy informacji dotyczącej maku. Jasne, to ma sens. Chyba. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że przeżuwanie takiej długiej łodygi, liści i płatków może być strasznie męczące i łatwiej zjeść parę ziarenek. Szczególnie jak to ma być przeciwbólowe!
Już otwieram pysk by odpowiedzieć na pierwsze pytanie, gdy pada jeszcze drugie i to na nim skupiam swoją uwagę.
– A bo chcemy dołączyć! – odpowiadam beztrosko i nie czekając na zachętę kontynuuję z obszerniejszymi wyjaśnieniami. – Bo widzisz, on należał kiedyś do Klanu Rzeki, nie?? A potem się zgubił czy go Dwunogi porwali, nie wiem. Ale on chce teraz wrócić, więc ja wracam z nim, bo moja mama mi kiedyś opowiadała o Klanach. I to też o Klanie Rzeki akurat, niezły przypadek, nie?? Bo z niego pochodziła, no a teraz jej nigdzie nie ma już długo, tak wiesz od paru księżyców, no zniknęła z dnia na dzień normalnie. No a się pojawił Luna i jak tak mówił to pomyślałem, że mógłbym z nim wrócić do tego Klanu, może się zgodzą mnie przyjąć, w sumie czemu by nie mieli, nie? Tylko coś znaleźć ich nie umiemy.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Trujący Liść jest kocurem o iście szczurzej urodzie. Długie i szerokie u nasady uszy, długi ogon, a także klinowaty, wręcz iście orientalny pysk to zaledwie część tego, czym wojownik może się pochwalić. Oczy kocura są intensywnie bursztynowe. Nie należy do najbardziej umięśnionych kotów, jest dość szczupły, zdawać by się mogło, że wręcz wychudzony. Mogłoby się zdawać, że natura go pokarała, ale nie, jego braki w tężyźnie fizycznej wynagrodziła w postaci nieprzeciętnego wzrostu. Czekoladowe futro kocura jest gładkie, jedynie na końcówce ogona dopatrzyć się można paru wystających kosmyków. Posiada blizny na szyi zdobyte w starciu z borsukiem.
Charakter kocura jest twardym orzechem do zgryzienia. Czasem wydaje się impulsywny i pochmurny, jakby w poduszeczkę łapy wbił mu się jakiś ostry cierń. Czasem jest jednak wręcz przeciwnie i wojownik zachowuje się uprzejmie, potrafi nawet rzucić jakimś żartem. Przeważnie jednak woli przebywać w samotności, choć nie oznacza to, że stroni od towarzystwa na wszelkie możliwe sposoby. Na pierwszy rzut oka może wydawać się marudny i leniwy, ale jak się go bliżej pozna, to jak to ktoś zauważył to potrafi być miękki niczym zwilżony meszek. Bardzo lubi droczyć się ze swoją siostrą Fiołek. Do kotów starszych i wyższych od niego rangą stara się zwracać z szacunkiem.
Skinął łbem potwierdzająco, żeby zaraz potem dodać.- Ten kot, który znał się na ziołach owijał rany pajęczyną, żeby zatamować krwawienie. -Wytłumaczył, żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. Rzucił spojrzeniem na swoją bliznę. Właściwie to chyba nieraz były potrzebne ogromne ilości pajęczyny.
Już otwierał pysk, żeby ostudzić zapał młodego, tłumacząc że nie będzie to takie proste, a zwykle "chcieć" nie wystarczy, zamknął go jednak szybko, gdy tylko usłyszał dalszą część wypowiedzi.- Rzeczywiście Niezły przypadek. -Wtrącił krótko między zdania. Wyszedłby z tego jeszcze większy przypadek, gdyby powiedział młodemu o swoim pochodzeniu. Temat Klanu Rzeki przyczepił się go niczym uparta pchła, której ciężko się pozbyć. - Niedaleko płynie rzeka, jeśli pójdziecie wzdłuż niej to po pewnym czasie dojdziecie do pozostałości po tamie bobrów, taka kupa drewna na wodzie. Tam zaczynają się tereny Klanu Rzeki, powinniście wyczuć granicę, inne klany określają ją jako mocny rybny smród. Lepiej jej nie przekraczajcie, chyba że chcecie stracić coś więcej niż uszy. -Jeśli kocur mówił prawdę, i jego przyjaciel rzeczywiście pochodzi z Klanu Rzeki, to ich ponowne dołączenie nie powinno stanowić aż takiego problemu. A przynajmniej dla tego całego Luny. O ile się dobrze zaprezentują przed przywódcą i nie narobią głupstw. Był to także jeden z powód, dla których kocur nie widział problemu w poinstruowaniu pogromcy jaszczurek co do drogi, najwyżej ich pogonią. - Dobra, trzeba zająć się tym po co tutaj przyszedłem. Powodzenia w szukaniu i uważajcie na jaszczurki. - Przeciągnął się ospale, poczym odwrócił się w przeciwną stronę do rzeki, żeby w końcu zdobyć śniadanie, o którym niemal zapomniał. Odwrócił się jeszcze ostentacyjnie, żeby upewnić się, że młody zajął się sobą.
//Zt
WHENyouthinkthatitcannotb e w o r s eanymore,startb a n g i n gTHE boardwithy o u rLEGYouwillsee H O Wrelievedyouf e e lwhenyou S T O P
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Szczerze mówiąc? To niespodziewane. Z początku słucham wskazówek nawigacyjnych z umiarkowanym entuzjazmem, bo nie za bardzo łapię dokąd mają mnie doprowadzić. Dopiero gdy pada nazwa Klanu Rzeki, coś zaskakuje w mojej głowie i otwieram szerzej oczy w zdziwieniu. A im dalej we wskazówki, tym wyraz mojej mordki staje się głupszy (mam tego świadomość!!), bo do skołowanego spojrzenia dołącza też otwarty pysk.
– Serio?? – niby pytam, ale bardziej kieruję już to do siebie niż do orientala. Serio mam takie szczęście?? Nim udaje mi się zebrać szczękę z gleby i pozbierać myśli do jakiejś składnej formy, mój nowy ziomeczek przypomina sobie o swoich sprawach. Komentarz o jaszczurkach nawet by mnie rozbawił, gdyby nie przepaliło mi połowy obwodów w głowie.
– Jasne, dzięki!! Do zobaczenia!! – rzucam moment później, gdy już udaje mi się ocknąć z odrętwienia (a czekoladowy już jest kawałek drogi dalej w tym momencie). Muszę jak najszybciej odnaleźć Lunę i opowiedzieć mu o swoim odkryciu, więc zaraz rzucam się do biegu i zostawiam jaszczurki za sobą.
z.t
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Chora Śliwka oznaczała nieco mniej zabawy dla Szpona w obozie. Wiadomo, miał każdego innego - dosłownie, bo przecież kto jak kto ale on mógł się przyczepić do każdego kota i jakoś by z nim złapał kontakt. A mimo to, z nieznanych nikomu powodów, postanowił i tak wyjść gdzieś daleko, daleko poza obóz, byleby tylko móc się zająć czymś innym niż Klanowa codzienność (w końcu i Szpon miewał dość robienia w kółko tego samego, nawet jeśli dobrze się bawił zajmując się tą samą rzeczą nonstop). Dziś, dla odmiany, postanowił podbijać świat.
Po zjedzeniu, upewnieniu się że na pewno, NA PEWNO nie ma treningu, wyszedł z obozu, oficjalnie oświadczając, że idzie na spacer. Nie kłamał, skąd! To był spacer, tylko taki na nieco dalsze tereny, niż te po których zwykle chodziły koty. Tym lepiej, bo miał chyba mniejsze szanse na to, że znowu trafi na jakiegoś trupa po drodze, brr. Nie, żeby się bał, ale no, cholera, spacer znowu poszedłby w niepamięć, bo musiałby targać zwłoki do obozu!
Na szczęście dla niego, nic mu nie pokrzyżowało planów - zdążył wyjść na odległy teren, ba! Nawet dużo dalej, za teren, tak jak chciał. I nic, idealnie!! Wziął głęboki oddech, wskakując na jedną ze skał i prostując się na niej dumnie, jakby teraz to on, Szpon, był prawdziwym panem całego lasu. Jego postura nieco zmarniała, jak na horyzoncie zobaczył chude, czarne... coś. Uniósł brew do góry, nim w końcu zeskoczył na dół, zbliżając - ostrożnie, podejrzliwie - do tej kupy kości, która okazała się być kotem. - Tyy, z daleka to nawet kota nie przypominasz! Fajny jesteś, uszaku ty - zaśmiał się do niego wesoło, nadal zachowując czujność. Nie wyglądał na silnego - Szpon był i tak najsilniejszy, nie miał się czego bać. Kiepsko byłoby jednak wrócić z niby spaceru z obitym pyskiem! - Wyglądasz jak nasz medyk, normalnie. Ale trochę gorzej! To jest, fajny jesteś, nawet bardzo, ale chudszy się zdajesz być!
Już sama Czarcia aparycja jest dowodem na chaos drzemiący w smolistym larwiątku i ... diabelski rodowód, pochodzenie. Za to imię Czart zdaje się idealnie pasować do jego posiadacza wszak, na razie, niewielkich rozmiarów kulka, pokryta jest długim, smolistym futrem, o oleistym połysku, nieco postrzępionym i odstającym we wszystkie strony świata, zupełnie tak, jak czarny pasożyt, po którym nosi miano. Po drugim z ojców - Kościstej Łapie, odziedziczył orientalną urodę, z mocno zarysowanymi kośćmi jarzmowymi, klinowatą głowę zwieńczoną szpiczastym pyskiem, ogromnymi, nietoperzymi uszami i no właśnie, kościstą, kanciastą sylwetką. Pokrzywioną, w dodatku. Nadrabia za to, trzeba przyznać, okazałym, wprost nieprzeciętnym wzrostem, co jak można się domyślić, jest zasługą genów Raniuszka. Czart osadzony jest na długich, pokracznych, tyczkowatych łapach. Grzbiet wyciągnięty i szczupły, z widocznym zarysem kręgów przykrytych warstwą czarnej sierści z odstającymi żebrami u boku. Pysk Czarta, nierzadko wykrzywiony w złośliwym uśmieszku, zdobią powykrzywiane, białe wibrysy, a także garbaty nos. Cechą wyróżniającą go na tle innych, egzotycznej urody braci i sióstr, są oczy, odziedziczone po liliowym ojcu i jego rzecznych przodkach - w kształcie migdała, skośne, jasnobłękitne, niemal przejrzyste z widoczną siecią czerwonych żyłek w okolicy tęczówki, o dziwnie zwężonej źrenicy. Doszukać się w nich można, jeśli nie obłędu, to pobudzenia i żywotności. Czart porusza się dziwnie... sprawia wrażenie, jakoby bardziej lewitował nad ziemią niżeli po niej stąpał, do tego przemieszcza się z miejsca na miejsce w takim tempie, że właściwie dostrzec go można wyłącznie kątem oka. Sam chód pozbawiony jest dostojności, a postawa - zgarbiona. Za to głos Czarta jest skrzekliwy, jednocześnie słyszalna jest w nim charakterystyczna chrypka. Ot, takie to dziecię, jakby nie z tego świata.
Niecnota i to wcale nie taka mała! A jakby tego było mało, to jeszcze niezłe ziółko. Niepokorne, niesforne i potwornie psotliwe, pakujące w kłopoty nie tylko siebie, lecz także innych. I złośliwe. Trudnym zadaniem byłoby sprawować nad nim kontrolę, wszak jest to istna czarna kula chaosu, wprowadzająca niemały zamęt i zamieszanie, wszędzie dookoła. Niezdyscyplinowany i nie do poskromienia. Pełen dziwactw, sprawiający wrażenie nieco oderwanego, żyjącego we własnym świecie i tak właściwie, to w nim żyjący. Bardzo ciekawski, ściślej mówiąc - wścibski, a na domiar złego - okropnie nachalny i nierzadko naprzykrzający się. Wszędzie go pełno - przemieszczenie się z jednego kąta do drugiego zajmuje mu kilka uderzeń serca. Mówi dużo, często bez opamiętania, kłamie dla zabawy, celowo wprowadza innych w błąd, opowiada niestworzone rzeczy, istne dziwy. Roztacza wokół siebie mistyczną aurę. Ciekawy świata i chętnie go odkrywający, zafascynowany tajemną, niedostępną wszystkim wiedzą. I żyje, tak jak chce, nie kierując się właściwie żadnymi ustalonymi, narzuconymi z góry zasadami. Ma swój pomysł i wizję życia w stadzie, a także dość... osobliwy pogląd na otaczającą rzeczywistość. Przewrotny, przebiegły i dla zasady przekorny. Ot, trickster i mały łotrzyk. Swoimi psikusami niejako testuje cierpliwość innych kotów, wydobywając z nich ich prawdziwą naturę, można rzecz - obnażający ich hipokryzję. Można by również uznać, że lawiruje na granicy tego, co uznawane jest za dobro i zło. W gruncie rzeczy jednak nie jest kotem złym, wręcz przeciwnie! Całkiem sympatyczna z niego postać, powiedzmy. Chce dobrze, ale... kłopoty przyciąga jak magnes. Zdarza się jednak i to wcale nierzadko, że wychodzi to jednak na dobre. A, jako że Czart jest istotą młodą i plastyczną, kto wie, może z czasem zadziorny, swawolny temperament zostanie stonowany lub, co również jest możliwym do spełnienia scenariuszem - wręcz przeciwnie!
By zaś Czart piekielnie się nudził, nikt nie musiał chorować, a właściwie - chorować musiał on sam. I tym razem chorował. Choroba jednak, czy miałby to być koci kaszelek, czy urwana głowa nie byłyby w stanie przeszkodzić mu w podbijaniu, czy jeśli o Czarcich przypadłościach mówimy - burzeniu, roznoszeniu i wszelakiej destrukcji świata, więc i bolące sztywne stawy nie zdołałyby go powstrzymać i uziemić w Nowoświtowym obozowisku, o nie! Nawet jeśli wspomniane wcześniej stawy szczękały, skrzypiały, trzaskały, grzechotały i dziwnie chrupotały podczas chodzenia... nie były w tym osamotnione - i Czart, w akompaniamencie tychże dźwięków, szczękał, skrzypiał, trzaskał, grzechotał, chrupotał i zgrzytał, w rytm swej diabelskiej (i cholernie bolesnej!) melodii. Świat zatem nie mógł być spokojny. Chaos na wolności, znowu. Tym razem w liczbie jeden, na daną chwilę.
A kręcił się wszędzie - po przekonaniu wszystkich i sprawieniu, by uwierzyli w historyjkę o biednej, zbłąkanej półsierocie poszukującej zaginionego rodzica - demolował drugi koniec świata, całą okolicę. Spokoju nie zaznały nawet pojedyncze źdźbła trawy, taka była ta upiorna, zaczepna, nieznośna i nieustępliwa natura. Kiedy jednak wydeptało się wszystkie okoliczne trawniki, wymąciło wszystkie bliskie stawy, obsikało drzewa i wytarmosiło wszystko, co zastane po drodze, tylko po to, żeby i ich uraczyć mniej lub bardziej zgodnymi z prawdą historiami - i to zaczęło nudzić. Chaos miał to do siebie, że posiadał ogromny apetyt, którego, jak widać, nie dało nasycić się na długo. Cechowało go również to, iż przyciągał do siebie podobnych, poszerzając i potęgując swe destrukcyjne, szaleńcze siły. Być może dlatego na Czarciej ścieżce pojawił się Szpon - istota równie nieposkromiona. Biedne Raniuszkowe dziecię - ono nie chciało przecież kłopotów, to kłopoty chciały jego! Nie jego wina, iż całe zło świata tak do niego lgnęło! On przecież... nie miałby serca ich odrzucić!
- Dzień dobry! To wspaniale! Znaczy to tyle mniej więcej, iż przebranie działa! Uwierzysz najmilszy kolego, nie przedstawiłeś się białowąsy (jak mam cię nazywać?!), iż nie jestem wcale kotem?! Naprawdę! Chaos też może mieć uszy, takie duże, żeby słyszeć wszystkie szepty z lasu! - wypalił, co mu ślina na język przyniosła, bo... dlaczego nie? Bajkopisarz był z niego pierwsza klasa, a że namieszać w głowach lubił równie mocno, co w okolicznych wodach - korzystał z tego! - A jakiż ty fajny... zdumiewający! Czysty, niebieskooki... nie zgniłeś jeszcze! Powiadają tutaj, iż koty gniją i stąd czerń na futrach! To fakty, ręczę za siebie!
Przybysz wyglądał trochę jak Świerszcz, którego Czart obdarzył... uwielbieniem. Z pokaźniejszą muskulaturą, ale reszta jakby się zgadzała - robił wrażenie! Był fajny, trzeba przyznać! Takiego też momentalnie zapragnął mieć blisko siebie.
- Jak... medyk? Skąd pochodzisz, wędrowcze? Widzisz, jam taki chudy, bo tu jeść nie ma co! Ale ty zaś, z tym wspaniałym kwadratowym pyskiem, silnym ciałem, żyć musisz w dobrobycie! Nie warto tu przychodzić... chyba że dla tak magicznego towarzystwa, rozumiesz - takiego, jak ja! Szczęśliwiec z ciebie, przyjacielu, żeś mnie dziś napotkał! Miło poznać, Czart. Ale powiedz mi więcej o tym swoim domu, śmierdzisz rybą... pachniesz wonną wodą! Z okolicy? W słuch się zamieniam, w zamian również co nieco opowiem! A do opowiedzenia, och, mam same rzeczy niesamowite, całą ich masę!
I posłał tamtemu uśmiech ozdobiony szeregiem ostrych, krzywawych kłów, przeciwieństwo tego, co uważano za piękne. Mówiono, iż jego drugi ojciec pochodził z rybich landów, skoro zaś wspomniany 'medyk' (czymkolwiek to było) podobny był do niego... coś mogło być na rzeczy. Nikt w całym Lesie nie miał równie niespotykanej, wyszukanej, doskonałej urody - poza Kajakiem, Szczurem, Świerszczem, Wieszczkiem, Ścieżką i Mirażem... ale niech ryba - kot mówi, niech mówi! To i Czart się odwdzięczy, coś powie, a do powiedzenia miał nieskończenie wiele! A w międzyczasie, szczęknął jeszcze i strzelił obolałym stawem - chaos i swoim dzieciom nie okazywał nadmiernej litości.
Gruchoczące kości zaczęły mówić, a Szponiasta brew uniosła się do góry, kiedy to dolna szczęka szła coraz bardziej w dół. Nie, aby go zamurowało, że ten mówił tak wiele - idealnie się składa, znajomy do pogadania zawsze był w porządku! Nie...znajomy? Nie znał go, no ale... to nie szkodzi, zaraz się z nim pozna! Mówił jednak tak dziwnie i zawile, że mimo że Szpon go rozumiał, chyba nie potrafił w pierwszej chwili pojąć żadnego z jego pozornie prostych i normalnych słów. - Brzmisz jakby ci ktoś te kości w ogóle pogruchotał! - odpowiedział wesoło. To było pierwszym, kolejnym przesadnie miłym, komentarzem jaki niebieskooki pozwolił sobie rzucić. - Żartowałem przecież, głupku, jesteś kotem. Ale z daleka wyglądasz jakbyś był takim wężem z trochę za wielkim łbem i nogami. No, i uszami! Chaos, pha!!!!! Chaosu nie widziałeś. Jakbyś choćby na jedną ceremonię wpadł, toooo byś widział chaos!
Machnął łapą. No, no! Żeby mu tytułu nie zabierał. Kto jak kto, ale Szponisko wolało podkreślać swoje stanowisko w każdej sprawie - w tej był pewien, że to on był chaosem. Ilekroć otworzył pysk, cały świat jakby zaczynał się walić. A nie musiał w końcu mówić nawet nic złego!
Czarnuszek jednak szybko sobie nabił parę punktów tym komplementem. Pysk białego wykręcił się do góry w delikatnym, choć pysznym uśmiechu. Oczywiście, że był zdumiewający. No, i czysty też, chociaż to strasznie dziwne określenie! Jakby inni się nie myli. Komentarz o zgniliźnie zepsuł. Zmuszając go do skrzywienia się. - Jak to gniją? Nikt nie gnije - odparł czym prędzej. Czyżby nowy znajomy był nienormalny? Całkiem klawo. - Ano, stamtąd. Tam jest Klan Rzeki... I tam się urodziłem - łbem machnął w odpowiednim kierunku, później jednak uniósł łapę do góry by przymknąć mu na moment pysk. - Szczęśliwy, to jesteś ty że tu wyszedłem. Gdyby ktoś wiedział, że tu jestem, pewnie dawno by mnie wytargali do obozu. W teorii mogę łazić gdzie chcę, ale moi rodzice to takie bałwany głupie czasem, że spodziewam się po nich wszystkiego. Poza tym, Czarciku, jestem nieuchwytny! Tyle kotów mam wokół siebie, że dziś akurat ty masz ze mną przyjemność spędzić czas... no, no, błogosławieństwo wręcz!
Zaśmiał się wesoło, zaraz zsuwając mu łapę z mordy. Ach, miał opowiedzieć o domu... w sumie tylko, co miał mówić? - Właściwie w Klanie nic się nie dzieje. Ostatnio umarł mój wujek, a Woda zaczęła go szarpać za ucho. No to powiedziałem, żeby przestał i dasz wiarę, że mój brat przez to zaczął mnie obrażać? Ale głupio zrobił, bo narzekał że chcę uwagi innych, a przez niego dostałem ją od wszystkich, więc w sumie, phahaha! Miałem co chciałem, co nie? No, ale nadal trochę zły o to szarpanie jestem. Zero szacunku! Szczególnie, że gdybym JA to zrobił, to każdy by od razu się obraził - pokręcił oczami, pomachał głową... bo w tej chwili, tylko tyle go to obchodziło. Przy obcym, przy kimś kto nie był Skałą na pewno się nie otworzy od razu tak bardzo. - A poza tym to w sumie nic się nie dzieje, wiesz, Czart? A..A-A, AHA! MOJE IMIĘ! Jestem Szpon, sorki, zapomniałem. No, ale, nic się nie dzieje w Klanie. Tak o sobie trenuję, żyję. Szukam czegoś do roboty. No, i mam ciebie. Ale ty to taka średnia robota, choć wyglądasz jak coś co powinienem trzepnąć by męki ukrócić.
Moment ciszy. - W lesie jest jedzenie. Jakbyś pojadł, to przecież byłoby ci lepiej i byś nie wyglądał jak pół-trup - skórka i kości. - Chyba, że nie umiesz? Ja umiem. Umiem praktycznie wszystko! Mogę ci coś dać do jedzenia, jakbyś chciał.
Blef, ale Czart już W OGÓLE nie wiedział że Szpon polować nie umie.
Już sama Czarcia aparycja jest dowodem na chaos drzemiący w smolistym larwiątku i ... diabelski rodowód, pochodzenie. Za to imię Czart zdaje się idealnie pasować do jego posiadacza wszak, na razie, niewielkich rozmiarów kulka, pokryta jest długim, smolistym futrem, o oleistym połysku, nieco postrzępionym i odstającym we wszystkie strony świata, zupełnie tak, jak czarny pasożyt, po którym nosi miano. Po drugim z ojców - Kościstej Łapie, odziedziczył orientalną urodę, z mocno zarysowanymi kośćmi jarzmowymi, klinowatą głowę zwieńczoną szpiczastym pyskiem, ogromnymi, nietoperzymi uszami i no właśnie, kościstą, kanciastą sylwetką. Pokrzywioną, w dodatku. Nadrabia za to, trzeba przyznać, okazałym, wprost nieprzeciętnym wzrostem, co jak można się domyślić, jest zasługą genów Raniuszka. Czart osadzony jest na długich, pokracznych, tyczkowatych łapach. Grzbiet wyciągnięty i szczupły, z widocznym zarysem kręgów przykrytych warstwą czarnej sierści z odstającymi żebrami u boku. Pysk Czarta, nierzadko wykrzywiony w złośliwym uśmieszku, zdobią powykrzywiane, białe wibrysy, a także garbaty nos. Cechą wyróżniającą go na tle innych, egzotycznej urody braci i sióstr, są oczy, odziedziczone po liliowym ojcu i jego rzecznych przodkach - w kształcie migdała, skośne, jasnobłękitne, niemal przejrzyste z widoczną siecią czerwonych żyłek w okolicy tęczówki, o dziwnie zwężonej źrenicy. Doszukać się w nich można, jeśli nie obłędu, to pobudzenia i żywotności. Czart porusza się dziwnie... sprawia wrażenie, jakoby bardziej lewitował nad ziemią niżeli po niej stąpał, do tego przemieszcza się z miejsca na miejsce w takim tempie, że właściwie dostrzec go można wyłącznie kątem oka. Sam chód pozbawiony jest dostojności, a postawa - zgarbiona. Za to głos Czarta jest skrzekliwy, jednocześnie słyszalna jest w nim charakterystyczna chrypka. Ot, takie to dziecię, jakby nie z tego świata.
Niecnota i to wcale nie taka mała! A jakby tego było mało, to jeszcze niezłe ziółko. Niepokorne, niesforne i potwornie psotliwe, pakujące w kłopoty nie tylko siebie, lecz także innych. I złośliwe. Trudnym zadaniem byłoby sprawować nad nim kontrolę, wszak jest to istna czarna kula chaosu, wprowadzająca niemały zamęt i zamieszanie, wszędzie dookoła. Niezdyscyplinowany i nie do poskromienia. Pełen dziwactw, sprawiający wrażenie nieco oderwanego, żyjącego we własnym świecie i tak właściwie, to w nim żyjący. Bardzo ciekawski, ściślej mówiąc - wścibski, a na domiar złego - okropnie nachalny i nierzadko naprzykrzający się. Wszędzie go pełno - przemieszczenie się z jednego kąta do drugiego zajmuje mu kilka uderzeń serca. Mówi dużo, często bez opamiętania, kłamie dla zabawy, celowo wprowadza innych w błąd, opowiada niestworzone rzeczy, istne dziwy. Roztacza wokół siebie mistyczną aurę. Ciekawy świata i chętnie go odkrywający, zafascynowany tajemną, niedostępną wszystkim wiedzą. I żyje, tak jak chce, nie kierując się właściwie żadnymi ustalonymi, narzuconymi z góry zasadami. Ma swój pomysł i wizję życia w stadzie, a także dość... osobliwy pogląd na otaczającą rzeczywistość. Przewrotny, przebiegły i dla zasady przekorny. Ot, trickster i mały łotrzyk. Swoimi psikusami niejako testuje cierpliwość innych kotów, wydobywając z nich ich prawdziwą naturę, można rzecz - obnażający ich hipokryzję. Można by również uznać, że lawiruje na granicy tego, co uznawane jest za dobro i zło. W gruncie rzeczy jednak nie jest kotem złym, wręcz przeciwnie! Całkiem sympatyczna z niego postać, powiedzmy. Chce dobrze, ale... kłopoty przyciąga jak magnes. Zdarza się jednak i to wcale nierzadko, że wychodzi to jednak na dobre. A, jako że Czart jest istotą młodą i plastyczną, kto wie, może z czasem zadziorny, swawolny temperament zostanie stonowany lub, co również jest możliwym do spełnienia scenariuszem - wręcz przeciwnie!
Mówił zawile, a jakby tego było mało niekoniecznie zgodnie z prawdą. Zawiłość wypowiedzi tworzyła swego rodzaju gęstwinę, korytarz, labirynt, w którym rozmówca miał zagubić się, zdziwić i na koniec - zgłupieć zupełnie. Wszystko to było misternie zaplanowaną grą, uplecioną pajęczą siecią, w którą sami wpadać mieli nieświadomi swej bezbronności towarzysze rozmów, ale Szpon... księżycowy, muchą był nie tylko brzęczącą równie dużo, co sam Czart, lecz na tyle dużą, by w sieć tę nie wpaść i nie dać się w nią uwikłać. Cholera, że też w tym świecie było coś równie diabelskiego, co on sam! Twardy orzech do zgryzienia, rywal o względy Chaosu, ale może i... sprzymierzeniec?! Jakże go to pociągało i fascynowało, aż sam zapragnął wciągnięty zostać w sieć, we własną grę lub tę prowadzoną przez białofutrego... Prowadź, Szponie! Mów, co ci ślina na język przyniesie... sztukmistrzu rozgardiaszu, artysto zamieszania! Wprawionym w sztuce tej niemal tak dobrze, jak ja...
- Gruchotają, przyjacielu! Gruchotają, bo przyjmować mogą różne formy... mogę być tym, czym zapragniesz, mój miły! Uwierzyć musiz, raz dwa, trzy gruchoty - i tyle po kocie! Czart będzie królikiem! Nie wierzysz?! Chaos ma swe ceremonie i tutaj, ale... tyle o mnie, ty powiedz więcej.
Cóż za zuchwałość! Chaos musiał dwójkę mieć dzieci... porozrzucanych po świecie, sobie niepodobnych - yin i yang (które jednak stworzyć mogły wszystko, lecz... nie harmonię). Co, jednak gdy dziecięta te się spotkały, stanęły twarzą w twarz, na jednej ścieżce?! Apokalipsa?! Pokój może? Prowadź, Szponie! Albo i ja poprowadzę... Mów więcej!
Pyszne było dziecię księżycowe, w blasku swym się pławiło, pochlebstwa pochłaniało, jak wygłodniałe kocię. I dobrze, Czart gotów był zachwalać, wynosić pod niebiosa, opiewać... powie, cokolwiek trzeba, w dobrej wierze. Bo czy krew z krwi Raniuszka posądzić można było o nieczystość?!
- Oczywiście, że się gnije... przez nieczystość ja gniję! Niedostatek... rozumiesz! Smutek wielki! CIERPIENIE! Ty przyjacielu martwić się nie musisz, z piękną białą szatą z księżyca, oczyma nieba, sercem jak łza.... obyś tylko ode mnie się nie zaraził! BUU! Zaraza cię dopadła! Jam zaraza! W lesie zło się czai, jak zaraza atakuje. - co do normalności... (cokolwiek miało to znaczyć wszak pojęcie to względne!) Szpon wątpliwości mieć nie powinien. - Tobie jednak, pięknemu, z obłoków zesłanemu, nic nie grozi! Masz w Panu zarazy swego sprzymierzeńca. Ach! Klan Rzeki! Przyjacielu, najdroższy, najwspanialszy, najprzystojniejszy i najmężniejszy z kotów, posłuchaj!
I z całym dramatem zgromadzonym w swym wnętrzu i obecnym w rodzinie od pokoleń, tętniącym, opowiadać począł, historię. Świadectwo swe, trochę... podkoloryzowane, acz tylko symbolicznie. W granicach błędu, pamięć potrafiła niekiedy zmylić i fałszować!
- Najszczęśliwszy jestem, żem cię spotkał. Błogosławieństwa, żem doświadczył, to prawda! Niezaprzeczalne! Wybawcą jesteś moim! Posłuchaj, najwyższe to, najszlachetniejsze, co zrobić możesz... Szponie, rycerzu Rzeki... uwierzyć musisz, jam też z Rzeki! Ojca mego, mającego mnie w łonie jeszcze, wygnano! Z ziem Rzeki tej właśnie, wygnano! Straszne to, z kociętami pod sercem! Na wygnanie... Lecz ja korzeni swych, domu swego poszukuję, odnaleźć pragnę. We mnie krew ta sama, krew rybia, co w tobie płynie... Skazano mnie na tułaczki, na głód i choroby! Widzisz kości me i skórę, słyszysz chroboty! Szponie najmilszy, pomóc mi musisz... odnaleźć ojca mego, drugiego. Wiem tyle, iż jest... szczurzej urody. Urody piękna najwyższego, jak moja! I jest... och, kolor ma równie niespotykany! Powiadają, że nosi szatę liliową, powiedz Szponie, słyszałeś o takim? To ojciec mój, serce jego kraje się z tęsknoty za mną, moje również... Pomożesz Szponie, pojednać ojca z synem?! Gdzie Klan twój, rodzina? Wskaż drogę, dobry Szponie. Ulituj się nad skaranym męką.... a jak pomożesz, ha! Och, Szponie, czekają cię Rzeczy wielkie! Wskaż tylko, gdzie sięgają me korzenie... Ja tylko ojca mego zobaczyć pragnę... W nagrodę, trzepnąć możesz, męki ukrócić. Spełnię marzenie twe każde, księżycowy. Umiejętność mam taką, cuda tworzę - uwierzyć musisz! Ale to... w ramach podziękowań, jak już zwrócone mi zostanie, co do mnie należy. Co zabrano mi, nim na świecie łapy swe gnijące postawił, co odzyskać muszę!
Wielce to było tragiczne, łzy same strumieniem lały się po policzkach. Biedny syn, półsierota, wygnaniec, włóczęga, niechciany rybi syn królewski... Niechże Szpon dobrodziej ma litość. Czarcie zamiary dobre są przecież! Bo dobro również względnym bywa...
- Och, Szponie! Ja tu głoduję! - wykrzyczał rozżalony - Jam dlatego rodziny swej szukam, bom cierpię! Zesłany zostałem na wygnanie, cierpienie wieczne i głód wielki! Jam wątpić bym nie śmiał, iż ty tak wielkie umiejętności posiadasz, ja zaś, cóż, tego akurat nie potrafię... Wielki kot z ciebie, Szponie! Dobrodziej i łowca najwspanialszy. Zapoluj, dla Czarta biednego! Zgłodniałego! Czy ziemia twa w takie dobrodziejstwa obfituje? Tu.. NIC nie ma! Tam moje miejsce, jak i twoje jest zatem.
Nie żeby po podpuszczał - acz skoro chciał - korzystał! Z wielkości Rzecznego syna, potęgi jego. Nie podpuszcza, nie prowokuje, nie namawia - jedynie... blask chce ujrzeć i może nieco ego towarzysza połechtać, w dobrej wierze. Sam ogrzać się w świetle jego wszechpotęgi, bo tutaj, och, nawet ciepła mu poskąpiono!
- A rodzina twoja, rację masz, bałwany! Niewdzięcznicy i ślepcy. Zero szacunku! Dobrze więc, żeś na Czarta trafił, Szponie. Czart widzi i docenia. Potęgę twoją, urodę, siłę i dobroć. Nie bez powodu "przyjacielem" zostałeś obwieszczony, gwiazdo najjaśniejsza - czysta i biała! We mnie druh twój, jeśli takie twe życzenie. Ale... mów więcej!
- Co tu dużo mówić! Co ceremonia przychodzę i się po prostu dobrze bawię, a wszyscy narzekają, że się drę jakbym co najmniej komuś robił tym krzywdę. To w każdym razie prowadzi do mało przyjemnych sytuacji, bo jak ostatnio powiedziałem Gwieździe, że ma mi nie zmieniać imienia - bo kim on niby jest! - to nagle całe moje rodzeństwo zaczęło się rzucać, że mam się zamknąć. No, to ja się tylko mogłem zaśmiać, bo co to za problem z ich strony?! Ja, Czart, ja niE BĘDĘ GŁUPIM BARANEM CO PODĄŻA ZA CZYIMIŚ SŁOWAMI. JA JESTEM SZPON! JA JESTEM SIŁĄ!!!!! JA WIEM SAM CO JEST DLA MNIE NAJLEPSZE!!!!!!! - oświadczył dumnie, skracając jedną z ceremonii... bo było tego więcej. Każda jedna, wszystkie zbiorowe wypady, kończyły się zabawą dla niego, a irytacją dla wszystkich innych. Szpon zaś się tym nie przejmował. Czy jego problemem była czyjaś złość? - Kontynuuj - uśmiechnął się pod nosem, słysząc wszystkie pochwały. Był piękny, miał najśliczniejsze oczy na świecie. Wiedział to. Niebiańskie, nie wiadomo jakby to określił, wiedział że jest prześliczny. Ale słuchanie o tym, to było coś co mu sprawiało przyjemność. - Chociaż serce z łzy? Błagam cię. Chłopie, pstryk-pstryk! Chyba twoje.
Bo to brzmiało zbyt słabo. Zbyt, zbyt! A on nie miał zamiaru tego przyjmować tak o, więc odbił ładnie piłeczkę, słuchając dalej o żywym zgniłym kocie. Apokalipsa! Szybko sobie, klątwa malutka, zaraza, uratował pozycję, bo zaczął go znów chwalić. A ego niebieskookiego rosło z każdą sekundą, zmuszając go do tego, by aż wypiął dumnie pierś do przodu. - Brzydal, luz - odpowiedział w końcu, znowu zamykając mu pysk łapą. - Mam cię wziąć do obozu, bo chcesz się spotkać z ojcem. Możesz powiedzieć to wprost, przecież to chyba nie problem.
CHYBA. Nie słyszał nigdy o tym, że ma nie przynosić do obozu kotów, które są z Rzeki. To tak jakby w ogóle wrócił z jakimś kuzynem, czy coś, nic wielkiego, żadna zbrodnia! - Byłbyś całkiem fajny, zarazo ty, klątwo, jakbyś mówił jaśniej. Bo dosłownie czuję się jakbyś rzucał na mnie klątwy nonstop, z każdym jednym słowem. Jakby, typie??? To za granicą tak się mówi? Zluzuj, wiem że jestem super ładny i w ogóle przystojny, ale nie imponujesz mi mówiąc tyle i tak trudno!!!!! - rozumiał go. Jak się skupił, był w stanie dotrzeć do sensu jego słów, ale czy Szpon chciał się skupiać? Skąd. Wyszedł tu tylko po to, żeby móc się rozluźnić. Ale podobało mu się jedno.
Jak chwalił. Jak mówił mu komplementy, jakich nie słyszał nigdy. Jak schlebiał mu za wszystko, wygląd, zdolności, za to jaki był, a nie za to jaki mógłby być. To było... miłe. I choć Szpon przechodził jedynie do miny dumnej, jakby jemu się to należało, ALE za razem było oczywistą oczywistością, w głębi serca czuł się dobrze. Tak miło, jak nigdy w życiu. - Chcesz patrzeć jak poluję? Wiesz, może wtedy będziesz mógł się nauczyć jak polować -ale nie musisz. Wizja, gdzie mógłby cały czas tylko mu pomagać, by być chwalonym i wielbionym... brzmiała atrakcyjnie.
Póki co. Może kiedyś się mu to znudzi. Ale póki co, chciał tego.
Już sama Czarcia aparycja jest dowodem na chaos drzemiący w smolistym larwiątku i ... diabelski rodowód, pochodzenie. Za to imię Czart zdaje się idealnie pasować do jego posiadacza wszak, na razie, niewielkich rozmiarów kulka, pokryta jest długim, smolistym futrem, o oleistym połysku, nieco postrzępionym i odstającym we wszystkie strony świata, zupełnie tak, jak czarny pasożyt, po którym nosi miano. Po drugim z ojców - Kościstej Łapie, odziedziczył orientalną urodę, z mocno zarysowanymi kośćmi jarzmowymi, klinowatą głowę zwieńczoną szpiczastym pyskiem, ogromnymi, nietoperzymi uszami i no właśnie, kościstą, kanciastą sylwetką. Pokrzywioną, w dodatku. Nadrabia za to, trzeba przyznać, okazałym, wprost nieprzeciętnym wzrostem, co jak można się domyślić, jest zasługą genów Raniuszka. Czart osadzony jest na długich, pokracznych, tyczkowatych łapach. Grzbiet wyciągnięty i szczupły, z widocznym zarysem kręgów przykrytych warstwą czarnej sierści z odstającymi żebrami u boku. Pysk Czarta, nierzadko wykrzywiony w złośliwym uśmieszku, zdobią powykrzywiane, białe wibrysy, a także garbaty nos. Cechą wyróżniającą go na tle innych, egzotycznej urody braci i sióstr, są oczy, odziedziczone po liliowym ojcu i jego rzecznych przodkach - w kształcie migdała, skośne, jasnobłękitne, niemal przejrzyste z widoczną siecią czerwonych żyłek w okolicy tęczówki, o dziwnie zwężonej źrenicy. Doszukać się w nich można, jeśli nie obłędu, to pobudzenia i żywotności. Czart porusza się dziwnie... sprawia wrażenie, jakoby bardziej lewitował nad ziemią niżeli po niej stąpał, do tego przemieszcza się z miejsca na miejsce w takim tempie, że właściwie dostrzec go można wyłącznie kątem oka. Sam chód pozbawiony jest dostojności, a postawa - zgarbiona. Za to głos Czarta jest skrzekliwy, jednocześnie słyszalna jest w nim charakterystyczna chrypka. Ot, takie to dziecię, jakby nie z tego świata.
Niecnota i to wcale nie taka mała! A jakby tego było mało, to jeszcze niezłe ziółko. Niepokorne, niesforne i potwornie psotliwe, pakujące w kłopoty nie tylko siebie, lecz także innych. I złośliwe. Trudnym zadaniem byłoby sprawować nad nim kontrolę, wszak jest to istna czarna kula chaosu, wprowadzająca niemały zamęt i zamieszanie, wszędzie dookoła. Niezdyscyplinowany i nie do poskromienia. Pełen dziwactw, sprawiający wrażenie nieco oderwanego, żyjącego we własnym świecie i tak właściwie, to w nim żyjący. Bardzo ciekawski, ściślej mówiąc - wścibski, a na domiar złego - okropnie nachalny i nierzadko naprzykrzający się. Wszędzie go pełno - przemieszczenie się z jednego kąta do drugiego zajmuje mu kilka uderzeń serca. Mówi dużo, często bez opamiętania, kłamie dla zabawy, celowo wprowadza innych w błąd, opowiada niestworzone rzeczy, istne dziwy. Roztacza wokół siebie mistyczną aurę. Ciekawy świata i chętnie go odkrywający, zafascynowany tajemną, niedostępną wszystkim wiedzą. I żyje, tak jak chce, nie kierując się właściwie żadnymi ustalonymi, narzuconymi z góry zasadami. Ma swój pomysł i wizję życia w stadzie, a także dość... osobliwy pogląd na otaczającą rzeczywistość. Przewrotny, przebiegły i dla zasady przekorny. Ot, trickster i mały łotrzyk. Swoimi psikusami niejako testuje cierpliwość innych kotów, wydobywając z nich ich prawdziwą naturę, można rzecz - obnażający ich hipokryzję. Można by również uznać, że lawiruje na granicy tego, co uznawane jest za dobro i zło. W gruncie rzeczy jednak nie jest kotem złym, wręcz przeciwnie! Całkiem sympatyczna z niego postać, powiedzmy. Chce dobrze, ale... kłopoty przyciąga jak magnes. Zdarza się jednak i to wcale nierzadko, że wychodzi to jednak na dobre. A, jako że Czart jest istotą młodą i plastyczną, kto wie, może z czasem zadziorny, swawolny temperament zostanie stonowany lub, co również jest możliwym do spełnienia scenariuszem - wręcz przeciwnie!
- Jesteś SIŁĄ!!! Jesteś SZPONEM! Szpon - Siłacz! - podążył, wykrzykując za nim - Kim wobec ciebie jest ta cała Gwiazda? Ha! NIKIM, WIELKI SZPONIE! Bom ja nigdy nie słyszał o żadnej gwieździe, jedynie o tej księżycowej, stojącej tu przede mną. O gwieździe najjaśniejszej, o Wielkim SZPONIE!!! Nie słuchaj ich, najdroższy Szponie, drzyj się, ile wlezie!! Baw się, ile wlezie!! WYPUŚĆ CHAOS NA WOLNOŚĆ, SZPONIE!! Kim są wobec ciebie? Zwykłe BARANY! TYŚ WIELKI, oni mali... Posłuchaj swego towarzysza, od serca przyjaciela, pokaż im, co to WOLNOŚĆ!! Nic złego się nie stanie, będą wdzięczni, towarzyszu!! Bo nic tak słodko nie smakuje, jak swoboda... wiesz coś na ten temat, piękny SZPONIE! Ach, sam wiesz, co dla ciebie najlepsze! I tym się kieruj, nie głosem... BARANÓW! Tylko sercem swym, tym co ono podpowiada. Co przyjaciel twój, od serca, Czarcik radzi. Fortuna twa to priorytet jego.
Och, nie podpuszczał go wcale a wcale, bezpodstawne oskarżenie. Wyłącznie dobrze radził... na swoją korzyść. I korzyść Szpona, i całego Klanu Rzeki, którego to zresztą krew w nim płynęła - dbał o krewniaków. O wolność ich i swobodę. O chaos, o życie ciekawsze - bo karki z tego uginania aż łamały się, każdym kolejnym kręgiem, pod ciężarem wszystkich tych zasad... całkiem zbędnych zresztą! Potrzebowali wyzwolenia, lecz odkupicielem ich będzie Szpon, za Czarcią radą. Małemu, kościstemu chwała zbędną była, na nią nie zasługiwał. Nic złego stać się nie mogło. A że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane - pomówienia! Bo jakie Czarcie intencje by nie były - dobre czy nie dobre - zawsze jedno z nich wynikało.
- Twoim językiem przyjacielu - przemówił natchniony - szlachetny jesteś! O sercu z niebios i sile tygrysa. Tom pragnął przekazać. I mówić o zaletach twych, wspaniałość twą wychwalać mógłbym w nieskończoność... ale trwałoby, właśnie, w nieskończoność! Kto czas ma na takie sprawy? Jeśli mnie skromnego pytasz - zawsze! Z szacunku jednak, do twego czasu, czymkolwiek jest on, marnotrawić go nie będę... chyba, że twoje życzenie takim właśnie będzie. Wtedy Czart mówić może i wychwalać. W nieskończoność.
Im ego Szpona zwiększało swe pole, tym paskudny grymas na Czarcim obliczu ukazywał kolejno, ząb po zębie, rząd kłów, poszerzając się coraz to bardziej. Bo tu była pięta Szponowa - próżność! Chciwość! W tym zguba leżała, utrapienie. I Czarcie rozradowanie.
Szybko poszło.
- Rozumiemy się przyjacielu, bez słów. - stwierdził z uśmiechem na smolistym, krzywonosym pysku. - Oznaka to porozumienia na głębszym, niewytłumaczalnym, paranormalnym poziomie. Przeznaczeni sobie jesteśmy, los związał nas nie bez powodu, piękny. Oznaka to czegoś, niemal jak ty sam, Wielkiego, uwierzyć musisz. Precz z ich haniebną banicją!
Kuzyni, tak. Sprzymierzeńcy, wybawiony i wybawiciel. Konia trojańskiego przecież do obozu Rzeki nie wnosił, Czarta co najwyżej. I skoro w dobrej wierze - nic złego stać się nie mogło, prawda?
- Dla ciebie miły, będę mówić w twym języku. Języku przyjaźni. Normalnie... - zapewnił - Proszę cię jedynie o pomoc, w dotarciu na odległą ojcowiznę, och, wybacz mi tę niesposobność. Zabieraj mnie tam do siebie, znaczy i do mnie zaraz, teraz, jasne? Mam rodzinne sprawy do załatwienia.
Po chwili dodał:
- Do NASZEGO domu, bośmy kuzyni, bracia nawet, synowie zrodzeni z plonów jednej ziemi. Potrzebujesz, Szponie najmilszy, przyjaciela, jak ja. A jak takiego, jak ty - dumnego i silnego, bom ja marny i mały. Rozwiązanie nasuwa się jedno... korzystne dla stron obu. Bez strat, wyłącznie zyski. Miłość, przyjaźń, blask i wszelakie dobroci, to zapewnić mogę. Za siebie ręczę. Klan twój, nasz... och, jaki wdzięczny będzie tobie! Za przyniesienie zgubionego gdzie miejsce jego. Za dobroć twą, na księżyce pamiętać będą twą postać, Szponie. Żywą legendą się staniesz! Już jesteś nią! To wiem już, to zapewnić mogę. Nie ma kotów równych tobie, równie dobrych, och, nie ma. W Lesie całym choćby i całe życie szukać - nie ma. Nie będzie. Nie było.
Usadowił się wygodnie, podziwiając z odległości białofutrego rycerza, z wlepionym w niego adorującym wzrokiem. Dawał mu tylko to, czego łaknął. Sycił nienasyconego. Czy to była gra i zguba, skoro korzyści było obopólne?
- Sprawa jasna, wprost pragnąłbym podziwiać cię oddającego się czemuś tak niesamowitemu. Uczyć się od najlepszych - to zaszczyt. Jesteś aż za dobry Szponie, sycić mnie. Gdybyś jeszcze tylko mógł odziać mnie piękną swą białą szatą, to zaś byłoby... gestem najwyższej szlachetności. Och, Szponie, uważaj tylko, boś za dobry i ktoś wykorzystać to może. Te barany, rzecz oczywista! Bo przyjaciel twój, och, nigdy by nie pomyślał o tym nawet... Szponie, czy na Ziemi tej, mojej i twojej zarazem, wszyscy są tak cudowni? Silni, dobrzy, wspaniali? Tam moje miejsce, jak i twoje. Gdybyś zaś potrzebował większej liczby przyjaciół, tak wiernych, jak ja... jestem do dyspozycji. Oni też. Jedna prośba, pstryknięcie, ogonem machnięcie i zjawią się u łap twych, z moim błogosławieństwem. By więcej oczu mogło cię ubóstwiać i podziwiać, twą nieprzeciętność. Potęgę twą. Świata poza tobą nie widzieć, bo tyś światem dla nich.
Wyłożył się przed nim:
- Ale poluj Szponie, nie przeszkadzam. Nie mieszam się w cuda, w obrzędy wzniosłe, jam za skromny. Nieistotny, wątły jak szczur przy tobie. I mów więcej, o ziemi, o bałwanach, o sobie... Słuchanie ciebie to wielka przyjemność. Mógłbym tak w nieskończoność. Czasu na to nam nie braknie.
Podpuszczać to nie trzeba go było! Szpon i tak podążał tylko za tym, co chciał w swoim życiu. W innym wypadku, jak starał się być grzeczny, to i tak naginał zasady tak, by ich nie łamać, ale przy okazji - by mieć to co ON chce. Bo inaczej, bogowie. Niechaj każdy się kryje przed tym co by się działo, gdyby Szpon uznał że jest do czegoś zmuszany. Nikt nie miał prawda go zmuszać. On musiał! MUSIAŁ!!! Wyrazić zgodę na wszystko, co robił. - Mamy czas, zarazo. Możesz mówić ile chcesz, ja posłucham. Ty też jesteś klawy, nawet jak brzydal i dziwacznie mówisz, jakbyś spadł na łeb jak to mój brat mówi, ale całkiem przyjemnie - tygrys. Siła tygrysa! To nie była nawet cząstka siły jaką Szpon (jedynie w swojej głowie) posiadł. Był ponad to wszystko, jednym ruchem mógłby powalić całe drzewo, nie! RZĄD DRZEW!!! Był najsilniejszy. Mówił to każdemu. Zawsze będzie mówił. Wiedział, że taki jest. A każdy inny? Cóż... przynajmniej miał innych do obrony!
Potem dał mu mówić, jedynie rozglądając się w tym czasie za miejscem do polowania, nasłuchiwał bardziej dźwięków zwierzyny, niżeli tego jak Czart mówił że oni są rodziną, że chce do domu... no, niech sobie tam mówi diabełek, ale Szpon nie miał zamiaru słuchać tak wielu słów aż tak uważnie. W chwili gdy nie mówił o jego wspaniałości, to słowa szybko traciły znaczenie - do tego, pamiętał po skrótach co chciał, iść do domu, zobaczyć się ze starszym, potem... e.... nie wiedział czy zostaje czy nie, ale to chyba problem Gwiazdy i jego ojca, a nie Szpona. - No, no, tak jasne... nie słuchałem - uśmiechnął się ciepło, gdy znów wrócił do niego wzrokiem na słowo klucz - "potęgę twą". Nie miał zamiaru kłamać! - Zapolujemy nim wejdziemy na tereny, bo wtedy to mi znowu wcisną karę. Póki co jesteś samotnikiem, klątewko, więc nie mam zbyt prawa karmić cię tym co jest na terenie Rzeki, ale tuuu...
Tu mógł. Chociaż polowanie poza terenem było ostatecznością (chyba? CHYBA? nie pamiętał), to nie mogli go karać za łamanie prawa...bez świadków. Poza tym, jeju, jeden królik czy wróbel, wielki problem! - Tylko musisz siedzieć cicho, bo spłoszysz wszystko. Zresztą, coś tam mówiłeś o wykorzystywaniu mnie?... Idiotyzm. Jakbym nie chciał komuś pomagać, to bym go kopnął w zad. Jakby mnie obchodziło bycie dobrym tak o, błagam cię! - bo obchodziło, ale... nie tak z czystości serca. Nie, że nie miał limitów w czynach. Ba, te limity dało się bardzo łatwo i szybko przekroczyć. Jak chociażby w wypadku Czarta - wystarczyłoby, że zacząłby gadać nieco zbyt dużo, a Szpon by uznał że "adios" i tyle by z niego było. Nawet jakby go chwalił! Po prostu mógłby uznać, że ma dość słuchania! - To ten... a! Polowanie. Siedź cicho.
Dał mu znać, po czym sam, dość nieelegancko pobiegł nieco przed czarnego, nos przyłożył do ziemi... i nic. Ale to nie szkodzi!! Absolutnie nie! Po prostu szedł dalej przed siebie, aż w końcu wyczuł zapach... zdecydowanie nie królika, ale wiewiórki. To już coś, co nie? Wystarczyło mu też iść nieco dalej, by ją zobaczyć. Problem pojawiał się w tym, że niespecjalnie wiedział jak polować więc, nim w ogóle się zbliżył, ta zaczęła uciekać. Ups?
Oczywiście, mógłby zacząć narzekać i przeklinać na los, ale on - on uznał to za popisanie się szybkością i zwinnością, bo ruszył za rudą, niedługo później ją doganiając i spisując na tortury, bo ją złapał, owszem... ale zabić miał ją problem co najmniej minutę, jeśli nie dwie. ALE W KOŃCU SIĘ UDAŁO!!!! WIĘC MÓGŁ DUMNIE, CWANIE odwrócić się do Czarta, pokazując mu się z wymęczoną zdobyczą w pysku.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
***
Był chory. W końcu był w stanie w pełni to zaakceptować i zrozumieć. Wiedział, że samo z siebie się nie poprawi, to trwało już zbyt długo. Teraz jednak znalazł się w najgorszej możliwej sytuacji na coś takiego. Został sam, poza Klanem Wichru i nie miał medyka, do którego mógłby się udać. Nie wiedział nic o ziołach i ich działaniu. Myślał, że prędzej mógłby się zatruć niż cokolwiek samodzielnie zaradzić na swoją chorobę. Dlatego przez te kilka dni kręcił się w tej okolicy i pytał napotkane koty o to, czy znają kogoś. Kogoś spoza Klanów, kto się na tym chociaż trochę zna.
Alojzy, mówili. Dlatego szukał tego kota konkretnie, z pomocą porad napotkanych kotów. Zmęczony, z każdym oddechem charczał nieprzyjemnie, a z nosa cały czas leciała mu ta dziwna wydzielina. Ale nie chciał być słaby. Musiał wyzdrowieć.